Znaczenie ostatniego miejsca (obecnie już) gwarantującego grę w Lidze Mistrzów w Premier League urosło przez lata do mitycznych rozmiarów. Walka o czwartą lokatę nierzadko bywała ciekawsza od wyścigu po tytuł mistrzowski. W obecnym sezonie sytuacja przedstawia się podobnie. Jest rywalizacja, jest dramatyzm i zespół, który jakby czekając dotąd w cieniu, ma szansę na niespodziewany sukces.
Paradoksalnie wyścigiem po mistrzowski tytuł szybko można się znudzić. W angielskiej ekstraklasie zazwyczaj dwa lub rzadziej nawet trzy zespoły toczą batalię w szaleńczej pogoni za spełnieniem marzeń. Po zwycięstwo w Premier League. I tak wygrywają kolejne spotkania, bijąc rekordy, gromiąc rywali i tocząc wojnę nerwów. Kto pierwszy się złamie? Kto straci punkty, które być może będą kosztować utratę marzeń o tytule? Na pewno są w tym emocje i pewna doza dramatyzmu. Jednak jakby spojrzeń niżej w tabeli angielskiej ekstraklasy, to nie tyle co w walce o czwartą lokatę.
Znaczenie ostatniego miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów (przed reformą UEFA tylko w eliminacjach) przez lata urosło do mitycznych rozmiarów. Słabo wszedłeś w sezon? Szanse na tytuł z każdą kolejką stają się czysto iluzoryczne? Ratuj sezon, zajmując czwartą lokatę. Tak by zapewnić sobie „przynajmniej” udział w tych elitarnych rozgrywkach. By zminimalizować straty nieudanego sezonu. Albo takiego, w którym zespół przechodzi większe zmiany. Wtedy kibice wybaczą, a finanse klubu będą się zgadzać.
Problem w tym, że w Premier League miejsc gwarantujących grę w następnej edycji Ligi Mistrzów jest cztery, a chętnych (z odpowiednimi możliwościami) aż sześciu. Wszyscy się nie zmieszczą. W każdym sezonie kibice są więc świadkami walki na łokcie. Tak by przepchać zazwyczaj dwóch pozostałych rywali (którym też kampania nie wyszła) i zająć to niezwykle pożądane czwarte miejsce. Od lat pożądane do tego stopnia, że ochrzczone nawet mianem małego mistrzostwa Anglii.
Małe mistrzostwo Anglii
Przed obecnym sezonem w zespołach Arsenalu oraz Chelsea zaszły spore zmiany. Zmienili się szkoleniowcy, doszło do licznych ruchów transferowych. Niby nikt rozsądny walki o tytuł nie oczekiwał, ale przypadek Antonio Conte (gdy pracował na Stamford Bridge) dawał nadzieję na niespodziankę. Mimo obiecujących początków realizm zwyciężył. Obu londyńskim klubom pozostała walka o małe mistrzostwo Anglii. Gdzieś tam daleko za horyzontem potykał się Manchester United. Nieporadnie drepcząc w miejscu, gubiąc punkty i czasem się kompromitując. Czynnik trzeciego sezonu Jose Mourinho robił swoje.

Arsenal oraz Chelsea zaczęły jednak solidarnie rozdawać punkty. I to jeszcze grubo przed okresem świątecznym. Jakby oba kluby były wręcz przekonane, że marazm na Old Trafford będzie trwał i z odnoszeniem kolejnych zwycięstw nie trzeba się spieszyć. Minimalizm? Po części może też. Swoje zrobił na pewno także czas potrzebny na wprowadzenie nowej filozofii i twarzy do zespołu. Tak czy inaczej obie drużyny niedyspozycja w ostatnich miesiącach może drogo kosztować.











