Ligę Mistrzów czas zacząć! Dzisiejszego wieczora na boisku w Pireusie spotkały się drużyny miejscowego Olympiakosu i francuskiego Olympique Marsylia. Porównanym meczu wygrali goście, a autorem jedynej bramki był niezawodny Lucho Gonzalez.
Po długiej przerwie w końcu powróciły rozgrywki elitarnej Ligi Mistrzów. Czas było zacząć fazę grupową, która jest przedsmakiem tego, co będzie się działo podczas dalszych etapów w Champions League. W ramach zmagań w grupie F na boisko w Pireusie wybiegły jedenastki Olympiakosu i Olympique Marsylia. Trudno było wytypować zwycięzcę tego pojedynku. Podopieczni Didiera Deschampsa bardzo przeciętnie radzą sobie w lidze francuskiej, nie wygrali jeszcze żadnego spotkania. Podobnie jak Olympiakos, ale liga w Gracji dopiero się rozpoczęła i z osądami na temat formy gospodarzy trzeba jeszcze poczekać.
Od początku spotkania grę kontrolować próbowali gospodarze, którzy na początku pierwszej połowy umieścili nawet piłkę w bramce rywala, tyle że sędzia słusznie nie uznał bramki. Ataki Olympiakosu poderwały publiczność do żywiołowego dopingu, który zagłuszał nawet gwizdek arbitra. W 10. minucie spotkania z rzutu wolnego dośrodkowuje Diawara, ale wysoko bita piłka nie znajduje adresata w polu karnym gospodarzy. Chwilę później po podaniu Mirallasa w wyśmienitej sytuacji znalazł się Abdoun, ale sędzia odgwizdał pozycję spaloną napastnika z Pireusu. Pięć minut później brzydko faulował Diawara, a ofiarą był Yeste, który po chwili powrócił do gry.
W kolejnych minutach kibice zgromadzeni na stadionie w Pireusie mogli oglądać ciągle broniących się piłkarzy Olympiakosu. Ładne i składne akcje gości z Francji nie pozwalały na zbyt wiele gospodarzom. W ataku próbował cokolwiek zdziałać osamotniony Djamel Abdoun, ale na nic się to zdawało, bo na posterunku był dobrze dysponowany dziś Steve Mandanda. W 36. minucie na śmiały strzał sprzed pola karnego zdecydował się Morgan Amalfitano, ale posyła piłkę wysoko nad poprzeczką. W odpowiedzi goście wyprowadzili groźną akcję, którą dryblingiem i strzałem zakończył Loic Remy. Niestety, nadal nie było nam dane zobaczyć bramki tego wieczora. Pod koniec pierwszej połowy do głosu doszli wreszcie gospodarze, lecz zbyt słabe strzały Mirallasa nie mogły zaskoczyć Mandandy.
Ostatnie minuty pierwszej połowy nie przyniosły już większych emocji. Po pierwszej odsłonie spotkania mecz wydawał się wyrównany, początek należał do gości, ale w końcówce gospodarze również doszli do głosu. Zapowiadało to bardzo ciekawą drugą część gry.
Druga połowa meczu rozpoczęła się ponownie od naprzemiennych ataków obu ekip, jednak minimalną przewagę zaczęli osiągać piłkarze Marsylii. Efektem tego był gol Lucho Gonzaleza strzelona w 51. minucie spotkania.
Po strzelonej bramce goście uspokoili grę. W obronie skutecznymi interwencjami popisywał się Diawra, a na dodatek na posterunku był zawsze Steve Mandanda. Nieśmiałe ataki Olympiakosu, a właściwie Mirallasa, nie mogły znaleźć oczekiwanego zakończenia. Po godzinie gry ewidentnie było widać, że podopieczni Didiera Deschampsa kontrolują spotkanie.









