Dwa lata – dokładnie tyle czekała piłkarska Europa, aby znów zobaczyć madryckie starcie w finale Ligi Mistrzów. Podczas gdy mecz z 2014 roku należy już traktować jako historię, to dzisiejsze spotkanie może się od niego diametralnie różnić. Na papierze oglądamy te same zespoły: Real i Atletico, ale wprawne oko kibica zauważy, że są to już zupełnie inne drużyny. Sprawdźmy, co zmieniło się w Madrycie na przestrzeni obu finałów.
Dobry wujek czy dobry kolega?
Porównania nie można chyba zacząć inaczej niż od ławki trenerskiej. Kiedy w 2014 roku Carlo Ancelotti wznosił do góry trofeum zwieńczające dziesiąty triumf Realu, nikt nie spodziewał się, że rok później ten sam Ancelotti będzie musiał zaktualizować status na „bezrobotny”. Decyzja na pozór wyjątkowo dziwaczna, ale przecież właśnie do takich działań przyzwyczaił nas Florentino Perez. Skończenie ligi dwa punkty za plecami Barcelony, dojście do półfinału Ligi Mistrzów i wreszcie zdobycie tej upragnionej La Decimy nie wystarczyło, by spełnić wygórowane marzenia prezesa Realu.
https://vine.co/v/O1uWQE1anpJ
Dziś na ławce Realu Madryt zasiądzie Zinedine Zidane. Francuz, który miał być tylko opcją przejściową po klapie z zatrudnieniem Rafaela Beniteza, niespodziewanie ma szansę na triumf w Lidze Mistrzów. Wcześniej zrobił to jako zawodnik i asystent, dzisiaj może jako trener. Ponadto, „Zizou” zrobił coś, co nie udało się Benitezowi – nawiązał kontakt z szatnią. Jeśli Ancelotti był przez zawodników Realu traktowany jak dobry wujek, który wyskoczy z tobą na ryby czy poratuje radą, to Zidane jest bardziej typem dobrego kolegi – pożartuje, pokrzyczy, ale koniec końców z uśmiechem na ustach powie ci, że zagrałeś kiepsko. Nie ulega wątpliwości, że szatnia stała się największym atutem Francuza.
Cholismo wiecznie żywe
„Partido a partido” – dewiza Diego Simeone, która w trzech słowach określa styl gry jego Atletico. „Mecz za meczem”, niby proste założenie, a w realiach obecnego futbolu piekielnie trudne do wcielenia w życie. Argentyńczyk wpaja to swoim piłkarzom przy każdej możliwej okazji i po drużynie widać, że te słowa bezproblemowo docierają do zawodników. Czy coś w tym sposobie zmieniło się od 2014 roku? Na pewno „Cholo” ma w szatni jeszcze większy monolit, ekipę 23 gladiatorów określonych już przez media mianem „bandy Simeone”. Wszyscy zawodnicy jak mantrę powtarzają, że do Mediolanu przyjechali tylko po zwycięstwo.













