Nikt się raczej nie spodziewał, że harmonijny projekt Juergena Kloppa tak się posypie. Być może sytuacja „The Reds” nie jest beznadziejna, ale sam fakt, że muszą walczyć tylko o Ligę Mistrzów, pokazuje, jak bardzo obniżyli loty. Ta walka to coś więcej niż prestiż gry w Champions League. Tu rozchodzi się o ogromne pieniądze, dalszy rozwój i przyszłość klubu. W innym przypadku Liverpool narobi sobie poważnych kłopotów.
Wszyscy myśleli, że z biegiem sezonu wszystko wróci do normalności. Arsenal gdzieś zatraci swój rozpęd, Newcastle United jeszcze będzie musiało poczekać na swój moment, a Liverpool zacznie punktować jak w poprzednich latach. Ale tak się nie dzieje. „The Reds” nie mogą złapać odpowiedniego rytmu. Mecze przyzwoite przeplatają słabymi. Fakty są takie, że do bariery przyzwoitości, czyli czwartego miejsca, brakuje im siedmiu punktów. Przerażające jest jednak to, że w tym momencie na próżno szukać jakiejś rzeczy, która spowodowałaby dołączenie do Ligi Mistrzów.
Liverpool nie może grać w Monopoly
Każdemu zdarza się słabszy sezon, nawet drużynie, która od pięciu lat niezmiennie jest co najmniej drugim klubem w Anglii. Najważniejsze jednak, żeby jak najmniej odczuć ten sezon, a Liverpool tę słabą kampanię może odczuć niesamowicie mocno. To nie strzał z dziurą przelotową, a uderzenie prosto w kolano, które przeszkodzi zespołowi z Merseyside w szybkim powstaniu.
Liverpool nie słynął w ostatnich latach z dużych sum wydawanych na transfery. Juergen Klopp nie jest fanem wydawania dużych pieniędzy, dlatego na Anfield co okienko nie pojawia się gracz warty powyżej 50 milionów. Umówmy się, aktualnie to nie jest kwota, która robi wrażenie. Już nie tylko zespoły z TOP 6 robią takie transfery. W przypadku braku awansu do Ligi Mistrzów znacząco obniżą się przychody, co oznacza, że Liverpool jeszcze bardziej będzie musiał uważać na rynku.
Już teraz z powodu zmian właścicielskich ogląda się tam każdą złotówkę dwa razy, a w przypadku spadku dochodów będzie trzeba jeszcze bardziej zacisnąć pasa. Juergen Klopp niedawno tłumaczył, że Liverpool na rynku nie może grać w Monopoly i kupować piłkarzy, na których polu stanie. Musi rozważnie wydawać pieniądze. Co zresztą robił przez ostatnie 12 lat. Pozostaną im jedynie promocje jak Cody Gakpo za 42 miliony euro.
Nie ma na kim polegać
Pieniądze Liverpoolowi z pewnością by się mocno przydały, bo obserwując ich poczynania w tym sezonie, można dostrzec, że jedynym niezawodnym punktem jest Alisson. Wszędzie pojawiają się jakieś wątpliwości. Nawet najlepszy gracz ostatnich lat, Mohamed Salah, nie jest sobą w tym sezonie. W obecnej kampanii zdobywa bramkę zaledwie co 215 minut, gdy jeszcze rok temu pokonywał bramkarza średnio co 110 minut. Ale w jego przypadku to nie tylko bramki. Czasami musimy go wypatrywać na boisku z lornetką w ręku jak David Hasselhoff w „Słonecznym Patrolu” topiących się plażowiczów.
Niech znamienne będzie to, że najlepszym zawodnikiem meczu z Brentford był Alex Oxlade-Chamberlain, który w tym momencie walczy jedynie o jak najlepszy kontrakt w nowym klubie i zapewne gdyby pojawiła się jakaś alternatywa, grzałby ławę. Za to zwycięstwa z Leicester nie byłoby bez Wouta Faesa. To zawodnik „Lisów” zapewnił zwycięstwo Liverpoolowi. Plan Juergena Kloppa trochę pewnie popsuły kontuzje Firmino, Diasa i Joty, ale przecież jeszcze niedawno mówiło się, że „The Reds” mają szeroką ławkę.











