Legia Warszawa remisuje z Zagłębiem Lubin w ósmej kolejce ekstraklasy. Jest to piąty z rzędu ligowy mecz Legii bez wygranej. Kilka dni przed początkiem rozgrywek Ligi Europy w Warszawie nie ma zbyt wielu powodów do optymizmu.
Piotr Stokowiec twierdził przed rozpoczęciem spotkania, że Zagłębie przyjechało dziś do Warszawy strzelać gole. Eksperci i kibice byli zgodni, że zadanie to postanowił ułatwić „Miedziowym” trener Legii – Henning Berg. Wobec kontuzji Michała Pazdana i zawieszenia za kartki Jakuba Rzeźniczaka, Norweg postawił na duet środkowych obrońców Lewczuk – Vranjes. Zwłaszcza postawa Bośniaka jako środkowego defensora była wielką niewiadomą. Ale od początku…
Zagłębie zaczęło spotkanie z wicemistrzem Polski bardzo dobrze. Podopieczni Stokowca wychodzili wysoko, grali agresywnie i od początku starali sobie stworzyć strzeleckie sytuacje. Po kilkuminutowym naporze gości, Legia przejęła inicjatywę. Jednak tylko pozornie. „Wojskowi” utrzymywali się dłużej przy piłce, jednak nic z tego nie wynikało. Legioniści grali bardzo statecznie. Brak ruchu i wymienności pozycji przez wspominane często przez komentatorów ofensywne trio Nikolić – Guilherme – Duda skutkowało tym, że w posiadaniu piłki najczęściej byli Furman, Jodłowiec i dwójka środkowych obrońców. Brak polotu gospodarzy postanowili wykorzystać piłkarze z Lubina. I właśnie wtedy swoją historię zaczął pisać Stojan Vranjes.
Pierwszy sygnał ostrzegawczy wysłał nowy piłkarz Legii w 15. minucie, kiedy dał się wyprzedzić Piątkowi, który jednak nie zdołał pokonać Dusana Kuciaka pełniącego w tym spotkaniu rolę kapitana warszawskiej drużyny. Już dwie minuty później Bośniak popełnił kolejny błąd, tym razem tragiczny w skutkach. Vranjes nie przyjął piłki zgranej przez Bereszyńskiego. Tę przejął Krzysztof Piątek i tym razem pokonał bramkarza Legii. Trafienie młodego napastnika było tysięcznym golem strzelonym przez Zagłębie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kolejną kartę zapisał Vranjes przy drugim golu Zagłębia, kiedy przy rzucie rożnym odpuścił krycie strzelca bramki Michala Papadopulosa.
Wydawało się, że po stracie bramek Legia ruszy do ataku. Tak się jednak nie stało. Ataki gospodarzy w dalszym ciągu były nieporadne. Ofensywną grę warszawiaków najlepiej definiowały rozkładane szeroko ręce Dominika Furmana, który często nie miał komu podać piłki. W pierwszej połowie trudno było wyróżnić jakiegoś zawodnika Zagłębia. Widać było, że Piotr Stokowiec nakreślił jasny plan na to spotkanie i wszyscy zawodnicy solidarnie go wypełniali.











