Legia Warszawa zapoczątkowała nam serię meczów polskich drużyn w europejskich pucharach. Zrobiła to zwycięstwem przeciwko kazachskiemu FK Aktobe. Zwycięstwem 1:0, który stanowi małą, ale jednak zaliczkę przed rewanżowym meczem na wyjeździe, w bardzo wymagającym pod względem warunków klimatycznym miejscu. Jedyną bramkę dla warszawskiej Legii zdobył Wahan Biczachczian.
W ramach ciekawostki powiemy na początku, że ze względu na protest kibiców spotkanie to odbywało się bez udziału tych, którzy na co dzień zasiadają na trybunie Żyleta.
Przechodząc już do samych aspektów sportowych, Legia nie miała całego meczu z Aktobe pod kontrolą. Wystarczy choćby wspomnieć, że pierwsi zmieścili piłkę w siatce swojego przeciwnika goście… Na szczęście skończyło się wówczas spalonym. Jednak ta sytuacja pokazała, że Legia wcale w tym meczu nie musi mieć tak łatwo, jak pewnie mieć powinna.
Choć przeważała i faktycznie była lepsza, należy oddać Aktobe, że było niewygodnym rywalem. Może nie w ataku, bo sytuacji nie stwarzali sobie w ogóle. Jednak heroiczna postawa w defensywie, co by nie było, mogła robić wrażenie – a przynajmniej na pewno robiła na zawodnikach ofensywnych Legii, którzy momentami nie mieli miejsca na swobodne ataki. Ale dość o przebiegu spotkania – czas na wnioski po meczu Legia-Aktobe FK.
Wahan Biczachczian – przebudzenie mocy
Ze względu na staż Edwarda Iordanescu na stanowisku trenera Legii Warszawa raczej nie myślimy, że miał on bardzo duży wpływ na to, jak wyglądał dzisiaj Wahan Biczachczian. Jeżeli jednak, chylimy czoła i mówimy: Dobra robota, Panie Trenerze!, ponieważ przeciwko Aktobe wyglądało to naprawdę świetnie. I to wszystko pomijając nawet gola (który swoją drogą naprawdę mógł się podobać, a w finale może okazać się kluczowy w całym dwumeczu). Niemniej to, jak grał Ormianin, naprawdę robiło wrażenie. Dziś (co generalnie nie zdarza się w Legii często) jego strona była dużo bardziej aktywna niż lewa, okupowana przez Ryoyę Morishitę. Dryblingi, strzały, mądre ustawianie się, wychodzenie do piłek… Ogólnie jeden z lepszych występów Biczachcziana, odkąd pojawił się na Łazienkowskiej. Bez cienia przesady – w tym meczu nie można było mu niczego specjalnie zarzucić.











