Miesiąc temu takie słowa zabrzmiałyby abstrakcyjnie. Bardzo abstrakcyjnie. Jednak Legia po beznadziejnym dla niej czasie prawdopodobnie w końcu podnosi się z kolan. Piłkarze ze stolicy nie ponieśli porażki od 13 lutego. Co więcej, zdobyli 13 na 15 możliwych oczek i awansowali do półfinału Pucharu Polski. Biorąc pod uwagę wcześniejszy stan rzeczy, brzmi to naprawdę nieźle.
Rzecz jasna dalej można zarzucać „Wojskowym”, że ich rywalami były drużyny z dolnej półki, a na dodatek w większości meczów styl gry także nie zachwycał. Trzeba natomiast przyznać, iż Legia wreszcie wykonuje najważniejsze dla niej zadanie – regularnie punktuje. Do tego lekkiej poprawie uległa też wspomniana efektowność, ponieważ mistrzowie Polski ostatnie starcie wygrali przekonująco 4:1.
Legia zagrała dobrze
Legioniści wykonywali skuteczne kontrataki i bezlitośnie wykorzystywali błędy rywala. Skutkiem tego była spora liczba podbramkowych sytuacji, a przede wszystkim cztery strzelone bramki. Krótko mówiąc – dyspozycja Legii naprawdę mogła się podobać.
Ponadto niektórzy piłkarze Vukovicia wyglądali imponująco pod względem indywidualnym. Bardzo dobrze oglądało się Mattiasa Johanssona, który dostarczył odpowiedni powiew świeżości na prawej flance obrony. Solidne zawody zaliczył także Bartosz Slisz. Defensywny pomocnik mógł dopisać sobie świetną asystę drugiego stopnia przy pierwszej bramce Tomasa Pekharta. Czeskiego snajpera również należy wyróżnić za prawidłowe pozycjonowanie się w ofensywie i zainkasowanie dwóch bramek.
O Josue natomiast nie musimy mówić zbyt wiele. Znowu zagrał fantastycznie, był wszędzie, zdobył bramkę i asystę – czego chcieć więcej? Portugalczyk najzwyczajniej w świecie stał się prawdziwym królem środka pola. Nie sposób w tej chwili wyobrazić sobie Legię bez iberyjskiego geniusza.

Niemniej druga połowa spotkania była gorsza jakościowo niż pierwsza, lecz nie ma w tym nic dziwnego. Legia prowadziła po pierwszych 45 minutach 3:0, co było satysfakcjonującym wynikiem. Warszawianie mieli przez prawie całe spotkanie wszystko pod kontrolą. Dlaczego prawie? Ponieważ w końcówce rywalizacji stracili bramkę z rzutu wolnego, choć nie pozostawiło to wielkiej rysy na końcowej ocenie. Zawodnicy z Łazienkowskiej byli bowiem znacznie lepsi od swojego przeciwnika. Wynik i statystyki to w stu procentach odwzorowują.













