Górnik Łęczna nadal niepokonany w tym sezonie Fortuna 1. Ligi. Drużyna prowadzona przez Ireneusza Mamrota tym razem zremisowała na wyjeździe w Gdańsku. Lechia Gdańsk długo próbowała zranić swojego rywala, a udało jej się to dopiero w ostatnich sekundach spotkania. Dobrze scalona obrona gości skapitulowała po strzale zza pola karnego Tomasza Neugebauera.
Nie ma żadnego przypadku w tym, że Górnik Łęczna jest wiceliderem zaplecza ekstraklasy. Jego styl nie każdemu może się podobać, ale skupienie się na twardej i zdyscyplinowanej defensywnie przynosi zamierzone efekty. Rywale z reguły są częściej przy piłce, ale nadal nikt nie potrafił wywalczyć trzech punktów w starciu z „Dumą Lubelszczyzny”. Mogło się wydawać, że pierwszym katem Górnika okaże się Lechia Gdańsk, zważając na to, że mecz odbywał się na jej terenie. Tak się jednak nie stało i spotkanie zakończyło się podziałem punktów w wyjątkowych okolicznościach.
Optyczna przewaga
Być może Lechia Gdańsk faktycznie by zdołała pokonać rywala z Łęcznej. Poza doskonałą okazją gości na początku pierwszej połowy to gdańszczanie za wszelką cenę chcieli mieć dużą kontrolę nad tym meczem. Druga linia była bardzo ruchliwa i szukała wolnych przestrzeni, a dodatkowo stoperzy grali momentami bardzo wysoko. Dobrym przeglądem pola imponował Andrei Chindris, który został nawet okradziony z asysty przez Camilo Menę. Kolumbijczyk koncertowo zmarnował chyba najlepszą okazję, jaką Lechia Gdańsk miała w pierwszej połowie.
Górnik Łęczna atakował sporadycznie, ale po 30. minucie zrobił to raz a konkretnie. Po dobrej kontrze udało mu się wywalczyć rzut rożny, który zdołał odpowiednio wykorzystać. Błąd po dośrodkowaniu Sarnawskiego umiejętnie wykorzystał Karol Podliński, z bliska pakując piłkę do siatki.
Bicie głową w mur i szczęśliwe zakończenie
Korzystny wynik spowodował, że przyjezdni zaczęli stosować dobrze znaną taktykę. Zagęszczona defensywa zwiastowała olbrzymie problemy dla Lechii Gdańsk w dalszej fazie spotkania. Jeśli można wynieść jakiś pozytyw z poczynań gospodarzy od straty gola, to udoskonalanie ataku pozycyjnego. Nie pozostawało im nic innego, jak mozolnie budować kolejne akcje, widząc bardzo wycofanego rywala. Problemy pojawiały się jednak na dwudziestym metrze od bramki strzeżonej przez Macieja Gostomskiego. Nawet jak udawało się wejść w rejony pola karnego, to Lechia Gdańsk nie miała jak z tego należycie skorzystać.











