Lechia Gdańsk odprawiła z kwitkiem kolejnego rywala. Tym razem przed własną publicznością pokonała skromnie 1:0 Polonię Warszawa, chociaż gdyby skuteczność nie kulała, wynik zapewne byłby nieco wyższy. Liczy się jednak komplet punktów, który stawia drużynę Szymona Grabowskiego w znakomitym położeniu. Do końca sezonu pozostało pięć kolejek i tu już nawet totalny kataklizm nie jest w stanie zabrać im awansu. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to maksymalnie za dwie kolejki będzie to już oficjalna informacja.
Bez dwóch zdań Lechia jest w tym roku kalendarzowym najlepszą drużyną Fortuna 1. Ligi. Świetna seria wyników, poza wpadką w Katowicach, wywindowała drużynę z Gdańska w pełni zasłużenie na pozycję lidera. Dodatkowo po wyjazdowej wygranej kilka dni temu z Górnikiem Łęczna i innych korzystnych wynikach ich sytuacja stała się bardzo przyjemna. Przewaga nad strefą barażową wzrosła do dziesięciu punktów, a wliczając w to lepszy bilans dwumeczu z GKS-em Katowice, należało to traktować jak przewagę jedenastu oczek. Do końca sezonu pozostawało zaledwie sześć kolejek i można się było zastanawiać nie nad tym, czy Lechia Gdańsk awansuje – tylko nad tym, kiedy do tego dojdzie.
Jeżeli miałoby się to stać jak najszybciej, to przepis jest prosty, trzeba nadal wygrywać z każdym kolejnym rywalem. W środowy wieczór nad morze zawitała Polonia Warszawa mająca zgoła odmienną sytuację w tym sezonie. Drużyna ze stolicy nadal nie jest pewna pozostania w lidze mimo tego, że ostatni mecz przegrała dwa miesiące temu. Następnie rozpoczęła się dla niej seria siedmiu spotkań bez porażki, ale co istotne, tylko dwa z tych meczów zdołała wygrać. To też powodowało, ze przewaga nad strefą spadkową wynosiła jeden punkt.
Duet skrzydłowych na wagę złota
Od początku spotkania widać było mocno bojowe nastawienie gospodarzy. Lechia Gdańsk pracowała agresywnie w pressingu i za wszelką cenę chciała zdominować przyjezdnych. Wyglądało to mocno pozytywnie, patrząc z ich perspektywy, a dodatkowo szybko udało się ustawić to spotkanie strzelonym golem. Paradoksalnie nie wyniknęło to z odbioru piłki na połowie rywala, a z bardzo płynnego i pięknego kontrataku. W głównych rolach wystąpili Camilo Mena i Maksym Chłań, a ten drugi znakomicie wykończył otrzymane w polu karnym podanie.











