Wszystko jest jeszcze możliwe. I – co najważniejsze – zależne od Lecha!


Lech Poznań dzięki wczorajszemu zwycięstwu wciąż pozostaje w grze o awans

6 listopada 2020 Wszystko jest jeszcze możliwe. I – co najważniejsze – zależne od Lecha!
lechpoznan.pl/ Adam Jastrzębowski

Z Benfiką i Rangersami był dobry futbol. Brakowało skuteczności. Jednak po pierwszych dwóch porażkach Lech w większości był chwalony. Wreszcie przed meczem ze Standardem presja była nieco większa. Eksperci i kibice przekonywali, że teraz czas na pierwsze zwycięstwo. I podopieczni Dariusza Żurawia zdołali tę presję udźwignąć. Tym samym udowodnili, że w grupie D jeszcze wszystko jest możliwe i od nich samych w pełni zależne.


Udostępnij na Udostępnij na

Po raz kolejny mogliśmy podziwiać Lecha, który nie boi się grać w piłkę. Poznaniacy nie zamierzali murować bramki, mając dwubramkowe prowadzenie. Cały czas napierali rywala. I nawet pech, a także nietrafione decyzje sędziego nie przeszkodziły „Kolejorzowi” w pierwszym triumfie w Lidze Europy. Być może to naiwne, ale mogliśmy się przekonać o tym, że dobry futbol zawsze sam się obroni. 

Nie doświadczyliśmy zbędnego murowania bramki. Tak naprawdę tylko przez moment lechici stracili kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Natomiast przez znaczną część spotkania to wicemistrzowie Polski dyktowali swoje warunki. Trudno o wczorajszym meczu pisać w kategoriach przypadku. Szczególnie że Lech ma już na koncie triumfy z dwoma czołowymi drużynami z ligi belgijskiej. Przypomnijmy, że wcześniej, bo w IV rundzie eliminacji, poznaniacy ograli w dobrym stylu faworyzowane Charleroi.

To w pełni zasłużone nasze zwycięstwo. Zagraliśmy dobry mecz, stworzyliśmy sporo sytuacji. Gole zdobywaliśmy po ładnych, zespołowych akcjach. Mimo meczu na trudnym boisku graliśmy to, do czego przyzwyczailiśmy w ostatnim czasie. Decydujący był gol na 3:1. Może meczu wtedy jeszcze nie zamknęliśmy, ale bramka dała nam dużo spokoju. Standard nie miał argumentów, aby wrócić do gry – przekonywał na konferencji pomeczowej trener Lecha Dariusz Żuraw. 

Kreatywność na europejskim poziomie

W ostatnich meczach – nie licząc wczorajszego starcia – brakowało czegoś Lechowi. Ataki poznaniaków nie były takie same. Skupione były w większości na działaniach w bocznych sektorach. Natomiast środek pola nieco kulał. Szczególnie w meczach z Cracovią czy Rangersami. Eksperci przekonywali, że zabrakło bardzo ważnego ogniwa. A był nim oczywiście Pedro Tiba. 

Portugalczyk znakomicie rozumie się z Jakubem Moderem oraz Danim Ramirezem. Cała trójka – można odnieść takie wrażenie – doskonale wie, co ma robić. Problemy pojawiają się, kiedy ktoś z owego tercetu wypadnie, czego mogliśmy doświadczyć we wspomnianych meczach z Cracovią i Rangersami, a także w poniedziałkowym starciu w Fortuna Pucharze Polski przeciwko drugoligowemu Zniczowi Pruszków, nad którym to wicemistrzowie Polski ostatecznie w bólach zdołali wymęczyć zwycięstwo. 

Wspaniałe zwycięstwo Kolejorza! Lech Poznań – Standard Liege 3:1

Odpowiednio zagęszczony środek pola Lecha doskonale uzupełnia się z bardzo szybkimi skrzydłami. Do tego należy dodać ofensywnie usposobionych bocznych obrońców, którzy aktywnie uczestniczą w akcjach, napędzając ataki swojej drużyny. We wczorajszym spotkaniu byliśmy świadkami niemal wzorowej współpracy bocznych obrońców ze skrzydłowymi. Marchwińskiemu wtórował po lewej stronie Puchacz, a z prawej ataki Skórasia uzupełniał Czerwiński. 

Najlepszym dowodem świetnej współpracy środka pola ze skrzydłowymi niech będzie fakt, że dwa gole (drugi i trzeci) padły po wrzutkach ze skraju pola karnego, kiedy to po bramkach Ishaka dwie asysty zaliczył Tymoteusz Puchacz. Trzeba też dodać, że oba trafienia poprzedziły bardzo ładne akcje zapoczątkowane właśnie w środkowej części boiska. A i gol otwierający wynik spotkania również był całkiem podobny, ale tutaj asystujący Skórasiowi Pedro Tiba wrzucił piłkę, znajdując się nieco bliżej środka pola karnego.

„Szrot”, który okazał się zbawieniem 

Lech Poznań zawsze miał dobrych napastników. Byli Piotr Reiss, Robert Lewandowski, Łukasz Teodorczyk, Marcin Robak, aż wreszcie Christian Gytkjaer. Do tego gronu spokojnie będzie można już niedługo dopisywać obecnego goleadora „Kolejorza” – Mikaela Ishaka. 

Szwed w obecnych rozgrywkach rozegrał łącznie 15 spotkań, w których 11 razy wpisywał się na listę strzelców. W samych europejskich pucharach – łącznie z eliminacjami – w siedmiu meczach nastrzelał siedem goli (cztery bramki w fazie grupowej). W Lidze Europy Ishak trafia co 61 minut. Nie da się ukryć, że pozyskanie takiego piłkarza wyszło Lechowi na dobre. A – co jest zaskakujące – nie brakowało głosów, jakoby były piłkarz Parmy czy ostatnio FC Nuernberg był typowym „szrotem” z zagranicy. 

Lechpoznan.pl/ Adam Jastrzębowski

Pomagać drużynie golami w zwyciężaniu to moja praca. Za nami bardzo dobry mecz ze Standardem, czerpaliśmy przyjemność z tego, co robiliśmy na boisku, a najważniejszy w tym wszystkim jest wynik – mówił uradowany przed kamerami TVP Sport napastnik Lecha. – Ten mecz był dla nas małym finałem. Wygraliśmy go po dobrym występie. Bez tego zwycięstwa pozostanie w Lidze Europy byłoby trudne, a w obecnej sytuacji absolutnie nie rezygnujemy z walki o awans do następnych rund – tłumaczył Ishak. 

Teraz liga i chwilowa przerwa

Przed lechitami teraz hitowe starcie w lidze. W niedzielę bowiem zmierzą się z obecnym mistrzem Polski – Legią Warszawa. W tym momencie po siedmiu spotkaniach w PKO BP Ekstraklasie „Kolejorz” zajmuje dopiero dziesiątą lokatę, mając na koncie raptem dziewięć punktów. Do warszawskiej ekipy traci siedem „oczek”, ale warto dodać, że „Wojskowi” rozegrali jedno spotkanie więcej. 

Po niedzielnym meczu podopiecznych Dariusza Żurawia czeka przerwa na reprezentację. Będzie to dobra okazja do tego, aby uzupełnić akumulatory przed kolejnymi starciami w europejskich pucharach, a także na ligowych boiskach…

Komentarze
akhilh2o (gość) - 12 miesięcy temu

hello workd

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze