Często w przypadku zagranicznych piłkarzy przychodzących do polskich klubów oczekiwań nie mamy żadnych. W tym przypadku było jednak inaczej. Były wakacje, skończyły się mistrzostwa świata w Rosji, kiedy Lech ogłosił pozyskanie dwóch Portugalczyków. Już ze względu na samą narodowość pojawiły się pierwsze oczekiwania, a jeśli do tego dodamy CV obu panów i łączną kwotę znacznie przekraczającą milion euro, to jak na polskie standardy mogliśmy być zachwyceni. Rzeczywistość jednak jednego brutalnie zweryfikowała, drugi natomiast przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, bo chyba nikt nie myślał, że Pedro Tiba będzie najlepszym piłkarzem w ekstraklasie.
Tiba znaczy tyle dla Lecha co Robert Lewandowski dla Bayernu, Leo Messi dla Barcelony, a Cristiano Ronaldo do Juventusu. I wcale to stwierdzenie nie jest na wyrost, jeśli ktoś twierdzi inaczej, to niech sobie obejrzy mecz z Rangersami na Ibrox Stadium, gdzie Kolejorz nie oddał chociaż jednego celnego strzału. Nie chcę mówić, że Lech jest uzależniony od Portugalczyka, bo nikt tak też nie mówi w przypadku wyżej wymienionych piłkarzy i ich klubów, ale na pewno bez Tiby ma ogromne problemy.
Bez Tiby jak bez ręki
Tak więc, czy gdyby był Pedro Tiba na boisku ze Szkotami, wynik byłby inny? Śmiem twierdzić, że tak. Oczywiście, Lech w tym spotkaniu, szczególnie w drugiej połowie miał ogromne problemy fizyczne. Długimi fragmentami był zepchnięty do defensywy, nie potrafił się przy piłce utrzymać, dać sobie chwili oddechu i odsunąć gry od własnej szesnastki. Jednak z Tibą na boisku mogłoby być inaczej.
Portugalczyk przyzwyczaił nas do tego, że bierze udział w każdej akcji Kolejorza, ma największą ilość kontaktów z piłką i celnych podań w całym zespole. To ktoś kto na tle Benfiki nie odstawał umiejętnościami piłkarskimi i gdyby nie niebieski kolor koszulki moglibyśmy pomyśleć, że gra w drużynie Jorge Jesua. To też lider, który swoją obecnością na boisku sprawia, że inni czują się pewniej i swobodniej.
To, co potrafi Tiba najlepiej pokazały eliminacje, w których strzelił 3 gole i zaliczył 2 asysty w 4 spotkaniach. Ale nie liczby były w tym wszystkim najważniejsze tylko styl, z jakim to robił. Portugalczyk przyzwyczaił nas we wcześniejszych sezonach do tego, że nie jest goleadorem. Pewnie gdyby nim był, nie grałby w ekstraklasie. Gdyby odjąć dwa gole z eliminacji, zdobył przez dwa sezony raptem 6 bramek. A jego dobrą grę potrafili dostrzec tylko Ci wnikliwi fani ekstraklasy.
O jeden Portugalczyk za dużo
Można powiedzieć pozycja Tiby sukcesywnie rosła z miesiąca na miesiąc. Jednak zdecydowany wzrost nastąpił dopiero wtedy, gdy odciął pępowinę z rodakiem Joa Amaralem. To on najbardziej hamował rozwój Tiby – dekoncentrował go aspektami pozaboiskowymi. Szczególnie widoczne było to podczas kadencji w Poznaniu Adama Nawałki. Gdzie Amaral krytykował sposób treningów narzucany przez byłego selekcjonera. Rodak Tiby potrafił też się czepiać tak nieistotnych rzeczy jak temperatura wody do picia, która rzekomo miała być za niska.











