Rozpieszcza nas piłkarsko ten weekend. Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po El Clasico, a przed nami już kolejne derby. Tym razem w dobrze znanej rodzimej lidze. Mecz ten, podobnie jak starcie Realu z Barceloną, byłby jeszcze bardziej wspaniały przy pełnych trybunach. To nie tylko gwizdy czy wyzwiska z nich płynące, ale i piękne oprawy, które uświetniały widowisko czy zagrzewały do walki. Legia pewnym krokiem zmierza po mistrza, Lech błąka się gdzieś w środku tabeli. Dobrze wiedzą, że ten sezon jest porażką, a czasu na jakiekolwiek jego naprawienie zostało niewiele. Przy Bułgarskiej emocji nie miało zabraknąć, bo te starcia zawsze były gorące. Mieliśmy nadzieję, że tym razem będzie podobnie. Obie drużyny grały o coś. Goście nie mogli sobie pozwolić na stratę punktów, a „Kolejorz” potrzebował ich jak powietrza.
Żaden zespół nie miał zamiaru odpuszczać. Wyszli w najmocniejszych zestawieniach i z jednym celem: zwycięstwo!
Trener Góra zdziała cuda?
Po zwolnieniu Dariusza Żurawia spekulowało się, kto będzie jego następcą. Teraz już wiemy, że na Bułgarską wraca Maciej Skorża. Nowy-stary trener starcie z Legią jeszcze obejrzał z trybun. Na ławce trenerskiej zasiadł asystent i tymczasowy trener – Janusz Góra. Pracę z Lechem Skorża zacznie od poniedziałku. Dziś to trener Góra miał szansę na to, aby wyjść na Legię ze swoim pomysłem na ten mecz i móc w pełni poprowadzić drużynę. A zadanie wcale nie należało do najłatwiejszych. Do Poznania przyjechał obecny lider i zaciekły wróg, z którym konfrontacje zawsze były na ostrzu noża.
Zwycięstwo byłoby szczytem marzeń, remis też dobry. Oczywiście trzeba było wziąć pod uwagę wszelkie możliwe scenariusze. Takie starcia zawsze chce się wygrywać, ale jasne jest, że to moment przejściowy w Lechu i dopiero za jakiś czas będzie można oczekiwać poprawy gry pod wodzą nowego szkoleniowca.
Przed Lechem i trenerem Górą było tym bardziej trudne zadanie, ponieważ Legię Czesława Michniewicza trudno zatrzymać.
Bezbarwna pierwsza połowa
Od początku meczu zacięte boje toczyli obrońcy Legii z Mikaelem Ishakiem. Szczególnie Artur Jędrzejczyk nieustannie przypominał o sobie Szwedowi. Po drugiej stronie boiska Salamon i Pekhart nie ścierali się aż tak często. Próby zagrań „Wojskowych” w stronę najlepszego strzelca ligi były albo chaotyczne, albo przecinane przez obrońców Lecha. W obu ekipach w pierwszych minutach spotkania widać było nerwowość, która objawiała się niedokładnymi podaniami. Jednak nawet z biegiem czasu nie było to porywające widowisko. Drużyny, jakby bojąc się straty, częściej podawały między sobą z tyłu, niż próbowały niekonwencjonalnych rozwiązań.











