Urodził się w Słupsku niecałe 38 lat temu. Był napastnikiem. Karierę rozpoczynał w tamtejszym Gryfie, później reprezentował barwy Zawiszy Bydgoszcz, Amiki Wronki, Eintrachtu Frankfurt, Wisły Kraków, Wilhelmshaven 92 i na zakończenie kariery znów grał w Gryfie. W polskiej ekstraklasie zdobył 69 goli. Obecnie jest prezesem słupskiego klubu, który występuje w III lidze. Paweł Kryszałowicz grał też w kadrze narodowej – rozegrał 33 mecze, w których strzelił dziesięć bramek. Jedną z nich zdobył podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii (2002) w meczu przeciwko USA.
Boisko czy gabinet prezesa – w którym miejscu lepiej Pan się czuje?
Zdecydowanie wybieram boisko. Jak człowiek robi to, co kocha, wtedy czuje się jak ryba w wodzie. Po drugiej stronie barykady jest więcej zadań i rzeczy do zrobienia. I nie ma się takiego wypływu na wynik drużyny jak wtedy, gdy się gra.
Czy teraz zaczyna Pan lepiej rozumieć prezesów, z którymi miał do czynienia w czasie swojej kariery?

W jakimś stopniu tak, ale nie za każdym razem. Ja grałem w piłkę, więc wiem, co się czasem dzieje na boisku i jak to wszystko wygląda oczami zawodnika. A są tacy prezesi, którzy nie mają zielonego pojęcia o futbolu, mają natomiast masę podpowiadaczy, którzy też do końca się na tym nie znają. I w ten sposób marnuje się pieniądze inwestowane w piłkę.
Czy mimo natłoku obowiązków ma Pan jeszcze czas na śledzenie polskiej ekstraklasy?
Oglądam mecze, ale niektóre. Tak od czasu do czasu.
Do końca sezonu pozostało już niecałe pięć kolejek. Pokusi się Pan o podsumowanie tych rozgrywek? Były gorsze czy lepsze od tych z poprzednich lat? A może takie same?
Trudno jest oceniać cokolwiek, jeśli jest się poza obiegiem. Na pewno jest lepiej pod jednym względem. Mecze rozgrywane są bowiem na pięknych stadionach i ogląda je dużo więcej kibiców niż w czasach, kiedy ja grałem w ekstraklasie. A czy poziom jest lepszy lub gorszy – tego, niestety, nie jestem w stanie ocenić.
Nie jest Panu przykro, jak obserwuje, co się dzieje z Pana byłym klubem, Wisłą Kraków?
To są wewnętrzne problemy Wisły. Szkoda mi jest tylko tych wspaniałych kibiców, którzy przychodzą na stadion przy ulicy Reymonta. Szkoda jest mi też właściciela klubu, bo inwestuje grube pieniądze, a wyniki są mizerne. O ile w kraju wygląda to jeszcze w miarę dobrze, a obecny sezon, jak wierzę, jest tylko wypadkiem przy pracy, o tyle za granicą jest już znacznie gorzej. Na arenie europejskiej, od czasu bardzo mocnej drużyny z Maćkiem Żurawskim, Tomkiem Frankowskim, Kalu Uche czy Mirkiem Szymkowiakiem, zmieniło się wiele i obecnie wygląda to słabo.












