Maj obecnego roku na pewno na zawsze pozostanie w pamięci każdego kibica Lechii Gdańsk – to właśnie wtedy po latach posuchy, a także kryzysowych momentów takich jak degradacja, aż do Klasy A, klubowi udało się po 36 latach odzyskać Puchar Polski, a niedługo potem zająć długo wyczekiwane miejsce na podium w Lotto Ekstraklasie. Wiązało się to z zapowiadanymi od wielu lat występami gdańskich lwów w europejskich pucharach.
Na początek nadszedł jednak mecz o Superpuchar Polski. W połowie lipca „Biało-zieloni” udali się do Gliwic, aby zmierzyć się z mistrzem Polski. Niespodziewanie dla wielu Lechia obnażyła słabe strony „Piastunek” i pewnie sięgnęła po kolejne trofeum pod sterami Piotra Stokowca. Lechia grała szybko i bezkompromisowo, a Lukas Haraslin zdawał się pokazywać w tym spotkaniu swój nietuzinkowy potencjał. Oczekiwania względem ekipy z Pomorza powędrowały po tym meczu w górę.
Brutalna weryfikacja
Od wydarzeń z końca zeszłego sezonu minęły trochę ponad 3 miesiące, od meczu z Piastem ponad miesiąc. Lechia swoją przygodę w Europie zakończyła niestety już po pierwszym dwumeczu 2. rundy eliminacyjnej, gdzie musiała uznać wyższość duńskiego Broendby. I choć w Gdańsku zdawano sobie sprawę, że w zasadzie z każdego meczu trzeba się cieszyć, bo Lechia w Europie jest zespołem anonimowym i na ten moment nigdy nie będzie faworytem, to jednak okoliczności porażki z Duńczykami miały prawo zaboleć każdego kibica drużyny ze stolicy Pomorza.
Gdyby gdańszczanie wykorzystali choć połowę dobrych sytuacji w domowym spotkaniu, to do Kopenhagi mogliby się udać już tylko po to, aby umiejętnie obronić i dowieźć korzystny wynik. Porażka z Broendby, podziałała na gdańszczan deprymująco i nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że nadmuchany wówczas przysłowiowy balonik z ich pewnością siebie mocno oklapł, a może nawet pękł…











