Obaj są na swój sposób wyjątkowi. Obaj bili tutejsze rekordy transferowe i obaj szczerze marzyli o grze w stolicy Katalonii. Jeden z nich miał być następcą Andresa Iniesty, a drugi spadkobiercą geniuszu Neymara. Coutinho i Dembele – postacie, które dzisiaj kojarzą nam się częściej z sinusoidą formy niż stabilnym światowym poziomem. Dlatego też wciąż trudno stwierdzić, kto zasługuje na miejsce w podstawowym składzie.
Co do faktu, że zarówno Brazylijczyk, jak i Francuz mają ogromne pokłady potencjału, nie ma absolutnie żadnych wątpliwości. Metka na trykotach obu piłkarzy jest co prawda bardzo sroga, ale ona tylko na początku miała jakiekolwiek znaczenie. Coutinho od pierwszych minut na Camp Nou wyglądał tak, jakby w La Masii się urodził, wprawiając w zachwyt kibiców „Dumy Katalonii”. A Dembele? Kontuzja na starcie poprzedniego sezonu pozbawiła go pełnoprawnego debiutu, ale już za drugim podejściem „Mosquito” czaruje.
Kto miał w swoich nogach pole position?
Gdyby brać pod uwagę cały pobyt obu jegomości w Barcelonie, ich dorobek przedstawia się bardzo podobnie. Przy czym nie można zapominać, że były piłkarz BVB z powodu kontuzji opuścił aż 36 spotkań, z czego aż 27 z nich miało miejsce w pierwszym sezonie. Dlatego powiedzieć, że Francuz miał na początku pod górkę, to jak nic nie powiedzieć. Mimo tego w tzw. międzyczasie Dembele zdążył dołożyć swoją cegiełkę do wyników zespołu, notując cztery bramki i osiem asyst. Co ważne, miał na to zaledwie 1130 minut.
W przeciwieństwie do francuskiego skrzydłowego Coutinho nie mógł narzekać na urazy. A jeśli już, to w niewielkim stopniu, bo Brazylijczyk odnotował absencję w meczach Barcelony tylko siedem razy. I o ile jego młodszy kolega stracił poprzedni sezon przez kontuzje, o tyle z usług „Cou” Barcelona mogła korzystać niezmiennie od półmetku rozgrywek. Obaj piłkarze nie mieli zatem idealnych warunków do startu, jednak finalnie przewagę zdobył Philippe. Dziesięć goli i sześć asyst w ponad 1800 minut mówi swoje.
Podsumowując, w skali debiutanckiego i niekompletnego sezonu rywalizację na lewym skrzydle niewątpliwie wygrał Coutinho. Pierwotnie zakładano, że Brazylijczyk będzie grał nieco niżej, czyli w linii pomocy, lecz Ernesto Valverde porzucił ten wariant na dłuższą metę. Tym samym były crack Liverpoolu pojawił się w „polu zarządzania” Dembele i przez większość obecnego sezonu właśnie on wiódł prym, będąc pierwszym wyborem. Ale to za chwilę może ulec zmianie, gdyż brazylijski magik nie zachwyca już tak często.
– W mojej ocenie na wygranej pozycji aktualnie jest Ousmane Dembele. Francuz nie miał dobrego początku, a w dodatku trapią go kontuzje, z czego pierwsza w zasadzie rozbiła mu pełny sezon. Jednakże z upływem czasu widać u niego progres. Na początku tego sezonu zdobył kilka bramek, dzięki czemu Barcelona zdobywała punkty i gdyby nie drobne urazy, myślę, że to on byłby aktualnie pierwszym wyborem Ernesto Valverde – wskazuje dla iGol.pl (zarządca portalu ).











