Angielska herbata: kiedy Kevin zostaje sam w domu


Pep Guardiola uzależniony od Belga. Kiedy Kevin De Bruyne nie gra od początku ligowego spotkania, Manchester City traci punkty

8 października 2019 Angielska herbata: kiedy Kevin zostaje sam w domu
https://www.planetfootball.com

Są piłkarze, których można zastąpić. Są też tacy, bez których nie można się obejść. Doskonale wie już o tym Pep Guardiola. Manchester City, wydawało się że dysponujący wręcz kompletną kadrą, notuje nieudany start sezonu. Obie dotychczasowe ligowe porażki „The Citizens” mają jednak wspólny mianownik. To Kevin De Bruyne, którego zabrakło w podstawowej jedenastce w każdym z przegranych spotkań. Czy absencje Belga przesądzą o losach mistrzostwa Anglii?


Udostępnij na Udostępnij na

Każdy zespół walczący o najważniejsze trofea posiada w zespole gwiazdy. W wielu przypadkach – jedną najważniejszą. Lidera, element wręcz niezbędny do odniesienia sukcesu. Kto jest „nadgwiazdą”? Gdy wszystko układa się po myśli, a zwycięska passa trwa, trudno to zweryfikować. Możliwość wskazania pojawia się dopiero, gdy zespołowi powinie się noga. Tak jak w przypadku Manchesteru City, który notuje nieudany start sezonu. Przynajmniej jak na ostatnie standardy wyścigu o mistrzostwo Anglii.

Zdobycie szesnastu punktów w ośmiu meczach praktycznie w każdej lidze przyjęto by za wynik co najmniej bardzo dobry. Przykładowo w bieżącym sezonie La Liga obecny dorobek „The Citizens” ulokowałby podopiecznych Pepa Guardioli tylko dwa oczka za liderem tabeli. Od poprzedniej edycji rozgrywek w Premier League panuje jednak era perfekcjonistów. W angielskiej ekstraklasie każda strata punktów jest niczym gwóźdź do trumny marzeń o mistrzowskim tytule. Między remisem a porażką nie ma wręcz większej różnicy. Jeśli gubisz punkty, to oddalasz się od lidera. A że Manchester City rozdał już osiem, to dokładnie tyle samo traci do plasującego się na pierwszej pozycji Liverpoolu.

„Nadgwiazda” Kevin De Bruyne

Obecny początek sezonu w wykonaniu zespołu Pepa Guardioli szokuje, bo szokować musi. „The Citizens” w poprzedniej kampanii zdominowali (prawie) wszystkie angielskie rozgrywki. Manchester City zaczęto postrzegać jako zespół kompletny, kombajn, który młócił kolejnych rywali. Nie bez podstaw, bo nad grą drużyny z Etihad Stadium można się było tylko zachwycać. Sukces gonił sukces, a w zespole obecnego mistrza Anglii błyszczeli praktycznie wszyscy.

Dlatego możliwość weryfikacji pojawiła się dopiero teraz. Dwie dotychczasowe ligowe porażki „The Citizens” pokazały, że absolutnie niezbędnym elementem zespołu, by osiągać sukcesy, jest Kevin De Bruyne. Racja, Belg od dawna jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym zawodnikiem całej Premier League. Tylko że w poprzedniej kampanii, z małymi wyjątkami, absencje gracza nie wpływały w tak dużym stopniu na wyniki Manchesteru City. W obecnej mają wręcz decydujące znaczenie.

Wspólnym mianownikiem obu dotychczasowych ligowych porażek „The Citizens” w bieżącym sezonie był brak Belga w podstawowej jedenastce. W spotkaniu z Norwich City Kevin De Bruyne na murawie pojawił się dopiero w drugiej połowie meczu, przy dwubramkowej stracie do rywali. Starcie z Wolverhampton Wanderers rozgrywający opuścił natomiast z powodu urazu.

W obu spotkaniach zespół Manchesteru City przypominał orkiestrę bez dyrygenta. W poczynania „The Citizens”  wkradały się chaos, nieład, a czasem wręcz brak kreatywności. Podopieczni Pepa Guardioli walili głową w mur, nabijając jednak jedynie kolejne guzy. Mimo że Hiszpan instruował zespół zza linii bocznej, to brakowało kogoś, kto wizję szkoleniowca wcieliłby w życie. Brakowało Kevina De Bruyne.

Doktor Jekyll czy pan Hyde?

Dlatego obecnie kwestią, która powinna zaprzątać głowy wszystkich na Etihad Stadium bardziej niż ośmiopunktowa strata do Liverpoolu, powinno być zniwelowanie problemu, który pojawia się przy absencjach Belga. Gdy Kevin De Bruyne gra od pierwszego gwizdka, Manchester City deklasuje rywali, strzelając nawet osiem bramek. Zespół Pepa Guardioli wznosi się wtedy na poziom nieosiągalny dla prawie wszystkich klubowych drużyn świata. Jak w noweli Roberta Louisa Stevensona przeobraża się w pana Hyde’a. Natomiast kiedy Belga zabraknie, obecny mistrz Anglii gubi bezcenne punkty. Zmienia się w doktora Jekylla.

Kevin De Bruyne stał się absolutną „nadgwiazdą” zespołu z Etihad Stadium. Graczem, na którego patrzą wszyscy, gdy zespołowi nie idzie. Od którego, jakby mimowolnie, w niebieskiej części Manchesteru się uzależnili. Obecnie „The Citizens” z Belgiem w składzie oraz bez to dwa różne zespoły. Pierwszy z nich jest w stanie wygrać wszystkie możliwe trofea. Drugi raczej nie odrobi straty do liderującego w Premier League Liverpoolu. Pytanie, która wersja Manchesteru City będzie pojawiać się częściej – doktor Jekyll czy pan Hyde?

Mniej istotne, ale też ciekawe:

  • Nie do końca udał się powrót Brendana Rodgersa na Anfield Road. Przynajmniej z perspektywy menedżera Leicester City. Na początku było przyjemnie. Kibice klaskali, a Jürgen Klopp uściskał. Potem jednak rozpoczął się mecz, w którym mimo zaskakująco dobrej postawy „The Foxes” lepszy okazał się Liverpool. Leicester City ma jednak powody do optymizmu, gdyż mimo drugiej porażki w sezonie ligowym nadal plasuje się w czołowej czwórce tabeli. Szansę na sprawienie dużej niespodzianki w obecnej kampanii zespół Brendana Rodgersa ma naprawdę sporą.

  • Nadal grobowe nastroje panują na Tottenham Hotspur Stadium. Po batach od Bayernu Monachium zespół Mauricio Pochettino uległ Brighton & Hove Albion. Niezadowalające wyniki od wielu tygodni idą w parze ze słabą grą „Spurs”. Na razie nie widać, by nagle Tottenham Hotspur miał zacząć prezentować się lepiej. Przyszłość argentyńskiego szkoleniowca jest więc podawana w wątpliwość. Na razie w medialnych spekulacjach, choć wszyscy czekają na to, co zrobi prezes klubu, Daniel Levy. Przerwa reprezentacyjna to przecież czas, kiedy wielu szkoleniowców żegna się z pracą.
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski