Każda zmiana trenera niesie za sobą pytania związane z ustawieniem zespołu. Nie inaczej było w przypadku Lecha Poznań. Patrząc na dzisiejsze trendy, lud zaczął domagać się od „Kolejorza” grania z trójką z tyłu. Dariusz Żuraw bronił się długi czas przed takim rozwiązaniem. Nową formację zobaczyliśmy dopiero po jego odejściu. W spotkaniu z warszawską Legią zastępujący go Janusz Góra wystawił trzech stoperów. Jednak od razu powstała debata, czy jest to jego autorski pomysł? Czy też Maciej Skorża dodał coś od siebie?
Patrząc na dwa pierwsze spotkania nowego-starego szkoleniowca Lecha, można odnieść wrażenie, że Skorża jakiś wpływ na ustawienie z Legią miał. Zarówno z Rakowem, jak i z Lechią zrobił to samo co Janusz Góra. Jednak druga połowa spotkania z częstochowianami mocno nam wszystkim zamąciła obraz. Skorża niezadowolony z postawy swojego zespołu po pierwszych 45 minutach dokonał aż trzech zmian personalnych, co wpłynęło również na zmianę ustawienia zespołu. Po meczu komentował to tak:
Największe pretensje mam do siebie, do moich złych decyzji, jeśli chodzi o dobór pomysłu na to starcie. Kompletnie się to nie sprawdziło. W pierwszej połowie zupełnie nie graliśmy tego, co mieliśmy. To, co zaproponowaliśmy ze sztabem, zupełnie nie pasowało zespołowi. Ewidentnie tutaj przedobrzyłem.
Ta wypowiedź zabrzmiała tak, jakby Skorża sparzył się na tej formacji. Zastanawiając się nad spotkaniem z gdańską Lechią, większość osób sądziła, że znów zobaczymy Lecha, jakiego znamy z kadencji Dariusza Żurawia i praktycznie większości ostatniej dekady, czyli tego z dwójką stoperów i dwójką bocznych obrońców. Tym bardziej że tak zawsze grały zespoły Macieja Skorży. Jednak widząc wyjściowy skład na mecz z Lechią, trudno było dalej bronić tej tezy. Znalazło się w nim bowiem miejsce dla Bartosza Salamona, Lubomira Satki i Thomasa Rogne, czyli nominalnych stoperów. Na grafikach prezentujących ustawienie zespołu przed meczem widzieliśmy jeszcze dwójkę wahadłowych, czyli Kamińskiego i Puchacza.
Fałszywe role
Pierwsze minuty tego spotkania pokazały nam jednak, że Maciej Skorża nieco nas oszukał. Kamiński nie pełnił w tym spotkaniu roli wahadłowego, grał o wiele wyżej na skrzydle. A jego rolę przejął Michał Skóraś. Jednak w wielu akcjach, gdy Lech atakował, wcale nie oglądaliśmy trzech defensorów z tyłu. Tymoteusz Puchacz z rzadka przekraczał połowę boiska, często grał piętro niżej w porównaniu do swojego vis-a-vis z prawej strony. To tworzyło nam linię składającą się z czterech defensorów, gdyż Satka często schodził na prawą stronę, łatając dziurę po Skórasiu.

Mimo że Lech w tym meczu nie miał dwóch nominalnych skrzydłowych, bo Skóraś miał też zadania stricte defensywne i bardziej mogliśmy powiedzieć, że liczba skrzydłowych Lecha wynosi 1,5, to wreszcie można ich było chwalić. Bo właśnie zawodnicy na tej pozycji obok obrońców, którym regularnie zdarzały się w tym sezonie proste błędy, zawodzili najbardziej. Do tego spotkania skrzydłowi Lecha, licząc wszystkie rozgrywki, zapewnili drużynie raptem sześć bramek.












