Jagiellonia Białystok pokonała 3:1 Ararat Armenię. To pierwsze zwycięstwo „Dumy Podlasia” od wybuchu afery SMS-owej. Gole dla gospodarzy strzelali Kamil Jóźwiak, Rodrigo Conceicao i Oussmane Sow.
Trudny czas dla Jagiellonii Białystok
To nie jest najlepszy okres dla Jagiellonii Białystok. Piłkarską Polskę zachwycili zwycięstwem w dwumeczu z Rangers, później jednak Adrian Siemieniec został uwikłany w aferę SMS-ową. Uznany na polskim podwórku szkoleniowiec pod koniec poprzedniego sezonu miał kontaktować się z sędzią Pawłem Raczkowskim poprzez sędziego Wójcika w temacie piłkarzy zagrożonych zawieszeniem przed ostatnią kolejką PKO Ekstraklasy – ważną z perspektywy walki o awans do europejskich pucharów. Adriana Siemieńca zawieszono na sześć meczów. Od momentu, gdy afera wyszła na światło dzienne, Jagiellonia przegrywała wszystkie mecze. Przez tak fatalne wyniki spadła aż na 10. pozycję w tabeli PKO Ekstraklasy. Spotkanie z Araratem-Armenią wyglądało na świetną szansę, by wrócić do łask.
Początek daleki od ideału. Odwaga i zaangażowanie Araratu zamienione na gola
Mecz dla Jagiellonii Białystok nie rozpoczął się najlepiej. W 8. minucie goście mieli szansę z rzutu wolnego, ale strzelili ponad bramkę. Minutę później Ararat czujnie wykorzystał stratę Tarasa Romańczuka i wyprowadził kontratak. Akcja Zidane Banjaqui i Tera Alwyna zakończyła się niecelnym strzałem, ale do Jagi wysłano sygnał ostrzegawczy – trzeba szybciej odbudowywać formacje i być czujnym w środku pola.
Niby rywal z Armenii nie powinien być straszny zespołowi z ekstraklasowego topu, z pewnym bagażem doświadczeń w europejskich rozgrywkach, ale futbol lubi uczyć nas pokory i przypominać, że do szczytu jeszcze długa droga, zresztą przekonał się o tym parę godzin przed „Dumą Podlasia” Lech Poznań. Podopieczni Adriana Siemieńca wciąż zbyt frywolnie podchodzili do rozgrywania w środku pola, a Ormianie pressowali jak źli. W 11. minucie po błędzie w okolicach środka pola i ladze w kierunku groźnego na dużych przestrzeniach Banjaquia goście wyszli na prowadzenie. Sporo zastrzeżeń można mieć także do reakcji Sławomira Abramowicza, który przy interwencji sam wydawał się zaskoczony, że rywale Jagiellonii mają szansę wyjść na prowadzenie.
Kamil Jóźwiak z golem po trzech latach
Na szczęście, ten stan nie utrzymał się za długo. Wydarzenie meczu – gol Kamila Jóźwiaka po trzech latach przerwy. I to taki, na wagę wyrównania. Przy takich meczach im dłużej utrzymuje się niekorzystny wynik, tym pojawia się więcej nerwów, strachu przed kompromitacją. Jedyną receptą jest szybki gol.
Jóźwiak znalazł się na wolnej pozycji i po prostu dobił piłkę, która po strzale wróciła do gry. Był w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie. Niby nic nadzwyczajnego, ale przełamanie tak fatalnej passy może zdjąć kilka blokad mentalnych z Kamila Jóźwiaka. Nie oszukujmy się, nie jest to wybitny piłkarz i bramka strzelona z Araratem-Armenią tego nie zmieni, ale kto wie, może okaże się ważna, by poczynić jakiś progres i wrócić na ekstraklasowy poziom – to Kamil Jóźwiak jest raczej w stanie zrobić.
Pojawił się spokój, ale nie było widać wielkiej różnicy jakości. Jagiellonia Białystok nie wyszła na ten mecz chcąc zmiażdżyć rywala. Zachowywała spokój. Niemniej, powrót kontroli nad spokojem, doprowadzenie do większego porządku w środku pola, stopniowe budowanie pewności przy piłce – zwłaszcza na własnej połowie sprawiało, że mecz powoli odzyskiwał taki obraz, jaki powinien przedstawiać.
Dwubramkowe prowadzenie. Trafienia dołożyli Rodrigo Conceicao i Oussmane Sow
Kropkę nad „i” w pierwszej połowie postawił Rodrigo Conceicao. Dobrze, za linię obrony podał mu Anders Klynge. Pozostało pokonać bramkarza rywali, kąt dla strzelca był jednak na tyle korzystny, że odpowiednie wykończenie gwarantało gola. Pojawiło się trochę chaosu w defensywie rywala, Jaga dzięki swojej skuteczności to wykorzystała. Na przerwę schodziła z wynikiem 2:1 i pozytywną perspektywą przed otwarciem drugiej części.
A ta rozpoczęła się najlepiej jak mogła. W 51. minucie opieszałość w wyprowadzeniu piłki przez piłkarzy Araratu została ukarana przez profesora Jesusa Imaza. Kapitan Jagiellonii Białystok dokonał świetnego odbioru w ataku, piłkę otrzymał Oussmane Sow i „na pewniaku” przelobował bramkarza rywali. Już było spokojnie – dwubramkowa przewaga była komfortowa, Ararat nie dochodził do głosu na tyle często, by w kategorii realnego zagrożenia przyjmować ewentualny powrót do gry o punkty.
Zadaniem Jagiellonii Białystok na resztę meczu było dowiezienie wyniku. Z przodu nie konstruowała tylu akcji, unikała zbędnego ryzyka, szanowała swoją przewagę. Cofnęła się dość głęboko, postawiła na pragmatyzm i raczej się to opłaciło. Rywale szukali możliwości zaatakowania kontrą tudzież poprzez stały fragment gry. Jagiellonia Białystok dysponowała większą jakością i lepszym pomysłem na resztę meczu – i to już absolutnie wystarczyło.
Jagiellonia po prostu zrobiła swoje, hucznego świętowania raczej nie będzie
Po zwycięstwie Jagiellonii nad Araratem-Armenią nie będziemy otwierać szampanów, świętować, a w piątek leczyć kaca. Póki co Liga Europy uczy nas pokory, a w grze samej „Dumy Podlasia” widać jeszcze parę aspektów do poprawy. Podopieczni Adriana Siemieńca po prostu wykonali swoje zadanie. I bardzo dobrze, bowiem na rozkładzie ma jeszcze mecze z Anderlechtem, Olympique Lyonem czy Crystal Palace, które przed paroma tygodniami jedną, polską ekipę, wydaje się, że nieco lepszą niż Jagiellonia, dość ostro skarciło. Trzeba punktować z drużynami słabszymi od siebie, bo jak widzimy na przykładzie Mistrza Polski – europejska elita na ten moment raczej drobnym pstryknięciem palca zmiata całą naszą siłę bojową z planszy.
Białostoczanie zajmują 17. miejsce w tabeli Ligi Europy. Przypomnijmy, że najlepsze osiem zespołów ma awans do 1/8 finałów, zaś kluby zajmujące lokaty od 9 do 24 wezmą udział w play-offach o grę w dalszych fazach Ligi Europy. Już za tydzień do Stolicy Podlasia przyjeżdża Anderlecht.











