Hegemoni Europy. Trzeci z rzędu tytuł Ligi Mistrzów dla Realu


Skuteczność, agresywność i mnóstwo szczęścia, czyli przepis na wygrany finał

26 maja 2018 Hegemoni Europy. Trzeci z rzędu tytuł Ligi Mistrzów dla Realu

Spodziewaliśmy się zaciętego meczu i faktycznie tak było. Liverpool postawił faworyzowanemu Realowi twarde warunki i był wymagającym przeciwnikiem. Szybkie wykluczenie z gry Salaha i "popisy" Kariusa okazały się decydujące w ostatecznym rozrachunku. Real znów obronił tytuł i trzeba przyznać, że w ostatnich latach zdominował te rozgrywki.


Udostępnij na Udostępnij na

Najważniejszy mecz w sezonie i każdy piłkarz chciałby w nim wystąpić w podstawowym składzie. Zidane miał ten komfort, że mógł zestawić swoją jedenastkę według upodobania. Nikt nie był wykluczony za kartki i nikogo nie trapiły kontuzje, więc Real zaczął w najmocniejszym zestawieniu. Po drugiej stronie barykady zabrakło kontuzjowanych Matipa, Gomeza i Chamberlaina. Ważne ogniwa w talii Kloppa, ale nawet bez nich Liverpool wyglądał groźnie na papierze.

W początkowych minutach obydwu bramkarzy zażegnało niebezpieczeństwo dzięki przytomnym wyjściom do piłki. Karius naprawił błąd Alexandra-Arnolda, a Navas przeciął fantastyczne podanie Firmino, które przeszyło całą linię defensywną Realu.

Zachowawcza gra i skupienie się przede wszystkim na uniknięciu zagrożenia pod własną bramką. To kluczowe założenia jednych i drugich w pierwszym kwadransie spotkania. „Królewscy” chcieli dać się wyszumieć Liverpoolowi na początku meczu, aby potem przejąć inicjatywę. Mecz był jednak bardzo wyrównany i żadna z drużyn nie była stroną przeważającą.

Przedwczesny koniec „Faraona”

Po pół godzinie gry boisko musiał opuścić Salah. Po starciu z Sergio Ramosem Egipcjanin nabawił się urazu barku i ból był na tyle silny, że nie mógł kontynuować gry. „The Reds” stracili swojego najcenniejszego gracza i ich szanse na końcowy sukces mocno się skurczyły. Miejsce Salaha zajął Lallana, więc niemiecki menadżer musiał zmienić nieco plan na resztę meczu.

Nie minęło pięć minut, a w szeregach Realu także musiało dojść do wymuszonej zmiany. Pechowcem z Madrytu był Carvajal, który ze łzami w oczach zszedł z placu gry, a zastąpił go Nacho.

Wyższy bieg „Los Blancos”

W końcówce pierwszej odsłony piłka po dobitce Benzemy znalazła się w bramce Liverpoolu, ale sędzia liniowy podniósł chorągiewkę i zasygnalizował spalonego. Jak pokazała powtórka, całkowicie słusznie, bo w momencie dośrodkowania Ronaldo znalazł się za linią obrony rywali. Real podkręcił tempo, bo jeszcze przed przerwą był bliski wyjścia na prowadzenie, ale dwukrotnie piłka mijała słupek.

Druga połowa również mogła zacząć się od bramki dla drużyny z Madrytu. Zamieszanie w „szesnastce” Liverpoolu wykorzystał Isco, ale jego strzał trafił tylko w poprzeczkę. Podopieczni Juergena Kloppa mieli kupę szczęścia, ale chyba lepsza byłaby dla nich taka stracona bramka niż ta, którą stracili dwie minuty później.

Jeżeli gol po błędzie Ulreicha w półfinale był kuriozalny, to jak nazwać bramkę z 51. minuty? Golkiper „The Reds” uprzedził Benzemę i przechwycił długie podanie ze środka pola. Wystarczyło na chwilę odwrócić wzrok i już można było przegapić gola na 1:0. Karius chciał szybko wznowić grę i rzucił piłką w wystawioną nogę Francuza. Los chciał, że odbiła się ona w taki sposób, że wtoczyła się do siatki niemieckiego bramkarza.

Ta bramka podziałała na piłkarzy w czerwonych strojach. Rzucili się na przeciwników i błyskawicznie doprowadzili do wyrównania. Przy rzucie rożnym najlepszy w powietrzu był Lovren i posłał futbolówkę w kierunku bramki, na linii strzału znalazł się Mane i wbił gola dającego remis.

Kluczowy moment

Po stracie bramki Zidane zdecydował się na zmianę w drużynie, która okazała się strzałem dziesiątkę. Gareth Bale zmienił Isco, a to, co Walijczyk zrobił chwilę potem, przekroczyło najśmielsze oczekiwania kibiców „Los Blancos”. Na lewej stronie piłkę otrzymał Marcelo, dośrodkował tak, że mało kto byłby w stanie zrobić cokolwiek. Bale wpadł jednak na szalony pomysł strzału przewrotką i w taki sposób dał prowadzenie swojej drużynie.

Blisko ponownego doprowadzenia do remisu był Mane, ale strzał Senegalczyka wylądował na słupku. Na pewno zawodnikom z pola nie brakowało chęci do gry, ale zwyczajnie ten mecz nie ułożył się po ich myśli. Gwóźdź do trumny wbił Bale, który drugi raz pokonał Kariusa, ale Niemiec tym razem zdecydowanie ułatwił to rezerwowemu Realu. Przy ostatniej bramce tego meczu zdecydowanie wyklarował nam się obraz bohatera i antybohatera tego spotkania.

Trzeci triumf Realu z rzędu stał się faktem, a cudowny sen Liverpoolu zakończył się na ogromnym rozczarowaniu. Styl finałowego zwycięstwa zdecydowanie gorszy niż rok temu, ale tutaj nie przyznaje się punktów za styl. Wykorzystanie ogromnych błędów rywali wystarczyło do odniesienia zwycięstwa i sięgnięcia po trzynasty tytuł w historii.

Jak się okazuje, Liga Mistrzów to takie rozgrywki, w których co roku grają 32 drużyny, a na koniec i tak wygrywa Real Madryt. Kolejny sezon „Królewscy” kończą na tronie i z pewnością postarają się, by powtórzyć to za rok.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Możesz zalogować się swoim kontem FB, Twitter lub pisać jako gość.

Najnowsze