Wtorkowy wieczór, już wszyscy wiedzą, co nadchodzi. Krótko jej nie było, ale już zdążyło się zatęsknić. Wróciła ona, upragniona, wymarzona Liga Mistrzów. Wchodzi ona w coraz bardziej decydujące fazy. Rewanże w 1/8 finału to nie przelewki. Wiedzieli o tym BVB i Sevilla. Wynik pierwszego meczu gwarantował emocje od początku. Sevilla w teorii powinna ruszyć do przodu od pierwszego kopnięcia. To okazja na wykorzystanie szybkości Haalanda. To musiał być naprawdę dobry mecz.
Haaland i Liga Mistrzów. Ten duet od początku poczuł do siebie chemię. Niczym para dzieci, które zakochują się w sobie w szkole podstawowej. Potem wspólne wypady za miasto w gimnazjum, pierwsze wakacje we dwójkę w liceum, zaręczyny, aż w końcu ślub. Wydaje się, że etap gimnazjum Haaland z wieczorami w środku tygodnia ma już za sobą. Teraz pozostaje potwierdzić aspiracje kolejnymi świetnymi występami. Tym bardziej że wątpliwy był występ być może największej gwiazdy Sevilli. Potencjalny brak Julesa Kounde to byłoby bardzo znaczące osłabienie. Fakt, Terzić nie będzie mógł skorzystać z Sancho i Guerreiro, ale to goście muszą atakować i jednocześnie dobrze bronić.
Optyczna dominacja Sevilli
Sevilla chciała zacząć tak jak w pierwszym spotkaniu. Lucas Ocampos już na początku zagroził bramce Hitza. Argentyńczyk oddał groźny, choć dosyć łatwy do obrony strzał. Widać było dobre nastawienie od początku meczu. Cóż z tego, że pierwsze 15 minut to totalna dominacja Sevilli, skoro to tylko optyczne wrażenie. Na tablicy wyników wciąż 0:0. Każda upływająca minuta działała na korzyść dla gospodarzy.
Haaland = gol w Lidze Mistrzów
No właśnie, co z tego? Nic z tego. Borussii wystarczył jeden moment, jedno przyspieszenie i błąd Sevilli. Goście na kolanach. Za sprawą kogo? Oczywiście Haalanda, ale trzeba docenić też Reusa. Znakomicie wyłożył piłkę do Norwega. Ten musiał tylko dołożyć stopę i dokończyć dzieła. Robi to wyśmienicie i zrobił po raz kolejny. Przed Sevillą było piekielnie trudne zadanie. Sama optyczna przewaga to zdecydowanie zbyt mało.










