Tajemnicą nie jest to, iż Pep Guardiola oraz Diego Simeone mają zupełnie odmienny pomysł oraz spojrzenie na futbol. Różni ich niemal wszystko – od kreślonych założeń taktycznych i wyznawane piłkarskie wartości, aż w efekcie po styl gry prowadzonych przez nich zespołów. Połączyło ich natomiast dzisiejsze półfinałowe starcie Ligi Mistrzów, batalia hiszpańskiego Atletico z niemieckim Bayernem.
Dziś na Estadio Vincente Calderon spotkają się dwie taktyczne skrajności. Zobaczymy drużynę, która będzie chciała grać w piłkę i zespół, który zrobi wszystko, by jej w tym przeszkodzić. To oczywiście olbrzymie uproszczenie, lecz ma ono w sobie więcej niż tylko ziarnko prawdy. A wszystko przez wyznawaną filozofię gry ich trenerów…
Ten, który nienawidzi „tiki-taki”
Pomyślelibyście, że może chodzić o Pepa Guardiolę? Otóż hiszpański trener zapytany o ten powszechnie przypisywany prowadzonej przez niego Barcelonie styl gry, aż kipi ze złości:
– Nie cierpię tego. „Tiki-taka” znaczy podawanie piłki dla samego podawania a bez klarownej intencji. „Barca” tego nigdy nie grała! Nie wierzcie w co mówią ludzie, to wszystko zmyślone […] Podaje się, by ściągać rywali na jedną ze stron boiska, gubić ich, a następnie, gdy są już bezbronni, uderzać nokautującym ciosem. „Pam-pam”! To mój styl gry – przekonuje obecny trener Bayernu.
Zresztą zwał jak zwał, sami zobaczcie;)
Chcąc nie chcąc w powszechnej opinii utarło się, iż to właśnie za czasów Pepa katalońska „tiki-taka” przeżywała swój najwspanialszy okres. Ciągłe trzymanie piłki przy nodze, multum krótkich podań, „wjeżdżanie” z futbolówką do bramki rywala, gra na jeden kontakt i piękne asysty – to jest wszystko, czym za kadencji Guardioli zachwycała Barcelona. Możemy to nazywać i stylem „pam-pam”, nie stanowi to w gruncie rzeczy większej różnicy. Jednak, jak wiemy, miało to swój, swego rodzaju, zmierzch w stolicy Katalonii, a już po niedługim czasie zastanawialiśmy się, czy zostanie odtworzone w innych realiach. W końcu słynny Pep zawitał do Monachium.
Tam zastał piłkarzy o nieco innej charakterystyce niż tych ze stolicy Katalonii. O sile Bayernu przed jego przyjściem stanowiła żelazna dyscyplina w odbiorze, nad którą pieczę sprawowali defensywni pomocnicy. Niemniej ważni byli szybcy skrzydłowi, którzy grali często bardzo indywidualnie, natomiast o zdobywanie bramek troszczyli się wówczas zawodnicy dużo mniej przebojowi i efektowni niż ci z Barcelony. To była zupełnie inna bajka niż ta w Hiszpanii – dość powiedzieć, że na parę miesięcy przed przyjściem Guardioli w wygranym 4:0 do zera półfinale Champions League z Blaugraną Bayern, Juppa Heynckesa miał piłkę przy nodze przez ledwie 37% czasu gry…
I to akurat musiało się zmienić. Natychmiastowo po przyjściu Pepa Bawarczycy zaczęli stawiać sobie za główny cel – nie oddawanie futbolówki rywalom. Dziś chyba rzeczywiście styl gry drużyny Hiszpana bardziej można określić mianem „pam- pam” niż „tiki-taki”. Ze względu na inną specyfikę graczy z Monachium Bayern nie gra tak płynnie i harmonijnie jak Barca za najlepszych czasów Guardioli. Nie ma dziesiątek ślicznych podań, które stopniowo otwierają drogę do bramki, a jest czasami wręcz mozolne rozgrywanie piłki, które nagle zamienia się w wyprowadzenie dwóch, trzech niespodziewanych ciosów i położenie rywala na deski.












