Tęskniliście, prawda? Równiutko o 20:45 wróciła do nas ukochana faza grupowa piłkarskiej Ligi Mistrzów. Niezbyt długo musieliśmy czekać na pierwszego gola tego wieczoru. Zaledwie 42 sekundy potrzebował Edinson Cavani, aby wyprowadzić na prowadzenie swoje PSG w starciu z Arsenalem. Niestety tylko tyle dobrego możemy powiedzieć o urugwajskim napastniku.
Emery jak nie Emery
Początek spotkania na Parc des Princes mógł stworzyć w naszych głowach dość fałszywy obraz tego, jak w obecnym sezonie w Europie będzie wyglądać francuska drużyna. Objęci przez Emery’ego paryżanie od pierwszego gwizdka rzucili się na Arsenal, który przez pierwsze 15-20 minut nie potrafił wręcz wyjść z własnej połowy. Taki pressing, taka intensywność – to wszystko właśnie charakteryzowało Sevillę prowadzoną wcześniej przez hiszpańskiego trenera. PSG prowadziło dzisiaj co prawda już od 1. minuty po główce Cavaniego, co zdecydowanie ułatwiło dalszą grę, jednak niemoc londyńczyków musiała zastanawiać.
Po początkowym szturmie paryżanie nieco odpuścili. Podopieczni Unaia Emery’ego nie forsowali tempa, nie narzucali swoich warunków gry, ale – co najbardziej rzucające się w oczy – nie wykorzystywali bierności „Kanonierów”. Drużyna Wengera wyglądała na rozbitą i czekającą tylko na dobicie. Zazwyczaj żwawo reagujący przy linii bocznej Emery był dzisiaj wyjątkowo spokojny. Wyglądało to tak, jakby Hiszpan próbował dostosować się do posiadanych zawodników, a nie wypracować u nich swój własny, niepowtarzalny styl, który sprawiał w Sevilli, że meczów z Andaluzyjczykami obawiały się i Real, i Barcelona.
Cavani jak (nie) Cavani
Osobny akapit należy się Edinsonowi Cavaniemu, którego wtorkowy występ również może wpływać na ocenę całej drużyny PSG, ale także samego Emery’ego. O Urugwajczyku powiedziano w ostatnim czasie wystarczająco wiele, choć oczywiście nie należy umniejszać jego umiejętności. 29-latek od paru dobrych lat nie schodzi poniżej pewnego – wysokiego zaznaczmy – poziomu. Nie mówimy tu o kilku, lecz kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu golach zdobywanych sezon w sezon. Z drugiej jednak strony, jego chimeryczność, brak opanowania lub, ujmując to w dosadnych słowach, partactwo w polu karnym mogą doprowadzać do łez. Reprezentant Urugwaju powinien zakończyć ten mecz w pojedynkę. Bramka z 42. sekundy mogła wprawić w osłupienie. Wszak do tej pory Cavani musiał najpierw zmarnować 4-5 dogodnych sytuacji, żeby w końcu wpisać się na listę strzelców (choć nie zawsze było to regułą). Dzisiaj obrał inną taktykę. Odfajkował bramkę tuż po pierwszym gwizdku, by później budować napięcie i uratować skórę rywalom. Najpierw, jeszcze w pierwszej połowie, nie trafił do pustej bramki, później dwukrotnie przegrał pojedynek jeden na jeden z Ospiną, a w międzyczasie nie był w stanie wykorzystać bardzo dobrego podania w pole karne od Di Marii, niedokładnie przyjmując piłkę na klatkę piersiową. Skończyło się na tym, że Arsenal doprowadził do remisu w pierwszej tak naprawdę groźnej akcji ofensywnej. Ze strzałem Iwobiego golkiper PSG jeszcze sobie poradził, ale wobec dobitki Alexisa był bezradny.











