Można pisać o trudnej sytuacji finansowej. Można pisać o trudnej sytuacji w tabeli. Po porażkach z Sandecją oraz Chrobrym mało kto dawał szansę bełchatowianom na szybkie przełamanie się. Jednak „Brunatni” ku uciesze swoich fanów wreszcie zrobili to, co do nich należało. Mimo że cały czas grają za darmo. Udowodnili tym samym, że są związani z obecnym klubem na dobre i na złe. Teraz czekają ich dwa starcia na swoim stadionie. Najpierw z sąsiadem z ligowej tabeli, a potem z pretendentem do awansu.
Mieliśmy „Sunderland aż po grób” (serial dokumentalny wyprodukowany przez Netflixa), a obecnie w Polsce w podobnym kontekście można pisać o klubie z Bełchatowa. Kibice już od dłuższego czasu propagują akcję, z której jednoznacznie wynika, że „GKS nigdy nie zginie”. I mimo trudnej sytuacji finansowej klub ze sportowego punktu widzenia zginąć nie może. Po porażce Warty Poznań z Odrą Opole bełchatowianie przez mniej więcej dwie godziny pozostawali w strefie spadkowej. I choć wielu sympatykom wydawało się, że jednak w niej pozostaną, podopieczni Marcina Węglewskiego sprawili niemałą niespodziankę, triumfując nad Zagłębiem Sosnowiec.
Co równie ciekawe, „Biało-zielono-czarnym” z pewnością pomogli w sobotnim triumfie kibice, którzy przez kilkanaście minut zgromadzili się pod stadionem, by dopingować swoich ulubieńców. Jeśli ktoś uważał, że GKS nie ma kibiców, to owa teoria może iść do kosza. Zresztą doskonale zdają sobie z tego sprawę ludzie choć raz będący na meczu w Bełchatowie. To tak a propos komentarzy typu „w Bełchatowie to tylko siatkówka i miejscowa Skra”…
Poszkodowani dosłownie i w przenośni
Sygnały, że GKS sportowo nie ma się czego wstydzić, dochodziły już od dłuższego czasu. Nawet we wspomnianym przegranym meczu z Sandecją inaugurującym restart rozgrywek bełchatowianie mieli swoje momenty, o których zresztą już pisaliśmy. Podobnie sytuacja wyglądała w Głogowie. Tam „Brunatni” ulegli Chrobremu 0:1, choć mieli kilka dobrych sytuacji. Nie dało się ukryć, że nieskuteczność Górniczego Klubu Sportowego mogła wynikać z trudnej sytuacji. Wiadomo, że pod presją gra się zdecydowanie trudniej. Piłkarze liczyli na przełamanie, ale do sieci nic nie wpadało.
Jakby tego było mało, w trzecim spotkaniu po restarcie rozgrywek ustanowili nowy, niezbyt sympatyczny rekord. Bełchatowianie gola z Zagłębiem Sosnowiec zdobyli bowiem dopiero po 532 minutach. Wcześniej ta niechlubna passa najdłużej trwała 466 minut. Miało to miejsce na najwyższym poziomie rozgrywkowym w sezonie 2012/2013, kiedy to GKS nie potrafił zdobyć gola między 15. a 20. serią gier.











