Piłkarze FC Porto popisali się dziś wielką nieskutecznością. „Smoki” zaatakowały bramkę Vaclika piętnaście razy i mimo tego, że powinni wykończyć kilka akcji więcej, bramkarza gospodarzy pokonali tylko raz. Niestety, pierwszy mecz nic nie wyjaśnił, bo miejscowi również wpakowali piłkę do siatki jeden raz. Trudno, by było inaczej, gdy oddaje się tylko jeden strzał w meczu.
Jeszcze przed rozpoczęciem tej konfrontacji wiedzieliśmy, że zarówno Bazylea, jak i Porto nie odpuszczą. Dla jednych i drugich awans do czołowej ósemki byłby nie tylko wielkim sukcesem, ale również fajnym zastrzykiem gotówki. Nic więc dziwnego, że najbardziej wyrównana para na papierze będzie walczyć do ostatniej krwi. To, że będą to brutalne starcia, potwierdziły pierwsze minuty. Arbitrem spotkania był Brytyjczyk Mark Clattenberg. A jak dobrze kojarzycie – Anglicy nie lubią dawać kartek za byle co. Oba zespoły ruszyły więc ostro na przeciwnika i już 22 sekundy po rozpoczęciu spotkania doświadczony sędzia po raz pierwszy używał swojego gwizdka. Piłkarze nie szczędzili swoich kości i ostro atakowali nogi przeciwników.
Mecz tak naprawdę rozpoczął nam się już dziesięć minut po „kick-offie”. Z głębi pola, z własnej połowy podaniem za plecy obrońców popisał się defensywny pomocnik Fabian Frei. Szwajcar zagrał znakomicie do skrzydłowego Derlisa Gonzaleza. Ten mimo asysty dwóch stoperów poradził sobie, prowadził piłkę i wkopał ją do bramki, przy okazji cierpiąc niemało. Fabiano, próbując interweniować, kolanem kopnął pomocnika w twarz. Skończyło się to koniecznością zatkania ucha watą, a strzelec gola bardzo kulał. Konieczna była zmiana. A szkoda, bo skrzydłowy prezentował się na boisku bardzo dobrze. Niestety brawa za grę musiał otrzymać jeszcze przed upływem dwudziestu pięciu minut.
Podopieczni Paulo Sousy nie bawili się w rozgrywanie piłki. Oddawali tę przyjemność gościom, którzy wyjątkowo lubią utrzymywac się przy niej. Basel, gdy tylko zachodziła taka potrzeba, umiejętnie zakładało pressing. Jako pierwszy ruszał snajper Marco Streller. To kapitan zespołu dawał sygnał do ruszenia na przyjezdnych. Miejscowi z jednej strony bardzo gościnni, z drugiej piekielnie uciążliwi.
Już po pierwszej połowie piłkarze Porto pokazali, że będą grali swój futbol. „Smoki” utrzymywały się przy piłce, klepały między sobą, jednak to, co działa w lidze portugalskiej, nie sprawdzało się w środę w Lidze Mistrzów. Basel miało trzykrotnie mniej podań, było dwa razy rzadziej przy piłce. Mimo tego to oni strzelili gola – po jedynej dogodnej sytuacji do wpisania się na listę strzelców. Liczy się skuteczność. Przyjezdni za to najwięcej okazji robili sobie ze stałych fragmentów gry.
Piłkarze Basel byli niesamowicie neutralni w polu karnym przy wrzutkach. Zemściło się to trzy minuty po rozpoczęciu drugiej odsłony. Casemiro stał w środku sam i wpakował piłkę do siatki. Co ciekawe, po kilkudziesięciu sekundach, gdy podopieczni Sousy szykowali się do wznowienia gry, Clattenberg rozpoczął rozmawiać z sędzią bramkowym i… zmienił swoją decyzję. Dodatkowy arbiter uznał, że dwaj zawodnicy Porto ograniczali bramkarzowi klubu załóżonego w 1893 roku możliwość interwencji i ostatecznie bramki nie uznał.










