Od początku miałem wrażenie, że ktoś tutaj kogoś usypia. Gra była rwana, tempo raczej chodzone, komentarz – delikatnie mówiąc – nie zrywał z łóżka przy sytuacjach podbramkowych. Można było spokojnie zdrzemnąć się po pracy. Nikomu się nie spieszyło, żadna z drużyn nie chciała pchać się przed szereg, żeby nie zostać odstrzeloną. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.
Mieliśmy zatem mecz, który rozgrywał się w środku, a pomiędzy kolejnymi formacjami śmiało moglibyśmy wcisnąć jeszcze ze dwie drużyny, grające tak szaleńczym pressingiem. Legia Warszawa od czasu do czasu imitowała walkę, wypuszczając w bój swojego najgroźniejsza pitbulla – Nikolicia. Ten szarpał, gryzł, ale… zapominał, że jednak u swojego boku ma kolegów, którzy nie przyjechali do Danii tylko na wycieczkę. Widać jednak, że jest w formie i próbuje z niej wycisnąć maksimum, z obawy, że niedługo go opuści.
Poza zrywami Serba trudno było powstrzymać powieki od opadania. Podnosiły się tylko na stałe fragmenty gry, które masowo wykonywaliśmy, zwłaszcza w pierwszej połowie. Takie spotkania powinni pokazywać za karę w więzieniu czy traktować jako materiał dowodowy w sprawie obrzydzania piłki nożnej, mogłyby być także narzędziem anestezjologów.
To arcyciekawe spotkanie można porównać do pierwszej randki, podczas której żadna ze stron nie chce się skompromitować. Ważą każde słowo, przez co zbyt często są momenty przestoju. Duńczycy byli dzisiaj bardzo gościnni, otwierali wrota do bramki na oścież, a Legia – niestety zbyt nieśmiała, żeby to wykorzystać, choć zapowiadało się obiecująco, kiedy Nikolić huknął już w 27. sekundzie na bramkę rywala. Potem było JUŻ tylko gorzej. Wskazówki poruszały się coraz wolniej, a końcowy gwizdek nie nadchodził.
Nikt nie kwapił się do przesądzenia losu spotkania, więc sprawy w swoje ręce wziął Michał Kucharczyk. Jako że głowę ma nie od porady, to z jej pomocą skierował piłkę do siatki. Trochę mu się pomieszało przez tę przerwę i biedak pomylił bramki. Legia nie przejęła się zbytnio utratą gola. Nie widziałem w ich oczach żądzy zemsty. Była to raczej frustracja, smutek, marazm, zniechęceni. Zauważyli to warszawscy kibice i próbowali dodać im otuchy słowami: „Legia, grać, ku… mać”. Nie pomogło. Oglądaliśmy drużynę, która nie ma zamiaru się podnosić i walczyć o swoje. Całkiem wygodnie jej było w pozycji leżącej.
Może nie śledzę na co dzień poczynań FC Midywlanwdyt duńskiej drużyny, ale nigdy przez myśl mi nie przeszło, że zespół z aspiracjami sięgającymi Ligi Mistrzów straci gola z jakimś europejskim anonimem i poza kilkoma groźnymi stałymi fragmentami gry nie przestraszy rywala w żaden sposób. Podczas meczu czułem, że każdy tutaj wyczekuje końca. Byleby nie było wstydu. Taki chyba cel obrali dzisiaj legioniści. To smutny obrazek, kiedy Berg nieco zrezygnowany wprowadza na boisko kolejnych zawodników, bez wiary w to, że mogą wstrzyknąć w zespół nieco pozytywnej energii. Legia zachowywała się jak pitbull w… kagańcu. Sporo szczekała, ale tylko to jej pozostało. Jeśli już doczłapali się do pola karnego, to później brakowało wykończenia, czego potwierdzeniem była niezła okazja Guilherme z 79. minuty.











