Dawno nie byliśmy świadkami takiej serii gier w hiszpańskiej Primera Division. To po prostu niepojęte, żeby żaden z wielkich gladiatorów nie wpisał się na listę strzelców. Więcej, Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Radamel Falcao w ogóle przeszli obok swoich ostatnich pojedynków – żaden z nich nie miał choćby najmniejszego udziału przy którejkolwiek z bramek swoich zespołów. Trzeba oczywiście pamiętać o tym, że Atletico w ogóle nie pokusiło się o strzelecką zdobycz.
O pojedynkach Ronaldo z Messim powiedziano już wystarczająco dużo (za dużo). W zeszłym sezonie – jeszcze trochę nieśmiało – między tę dwójkę próbował się wciskać Radamel Falcao. Teraz Kolumbijczyk jest już crackiem pełną gębą i z całą pewnością można stawiać jego nazwisko obok herosów z Portugalii i Argentyny. Ale w miniony weekend nie było dane nam oglądać popisów żadnego z nich. Ronaldo standardowo ostrzeliwał bramkę rywala, ale niewiele z tego wynikało. Messi, również standardowo, biegał z piłką przyklejoną do nogi, lecz także zdziałał niewiele. A Falcao… Falcao zaliczył jeden z najsłabszych meczów w barwach „Rojiblancos”.

Jakie możemy wysunąć wnioski, czy daleko idące? Ronaldo i Messi zagrali słabo, ale ich drużyny wygrały. Jeśli zagłębimy się dalej w ten temat, to zauważymy jednak, że zarówno Real, jak i Barcelona w sobotni wieczór nie zamierzały się przemęczać. Co innego Falcao. Reprezentant Kolumbii musiał wręcz wylać siódme poty, ale tego nie zrobił. Co z tego, że oddał trzy strzały na bramkę Valencii, skoro Roberto Soldado wystarczyło jedno uderzenie nie z tej ziemi, aby całkowicie przyćmić nową gwiazdę Primera Division. W Hiszpanii od zawsze bardzo wiele mówiło się o dependencji. To takie ładne, dość długie słowo, którego hiszpańscy dziennikarze używali najczęściej w kontekście właśnie Messiego czy Ronaldo. Teraz będzie ono miało zastosowanie do Radamela Falcao. Chodzi o to, że gdy herosom nie idzie, to kończy się świat – reszta drużyny za nic w świecie nie potrafi sobie z tym fantem poradzić.
Nie można porównywać meczów z Saragossą i Celtą do starcia z Valencią, ale nie można też nie zauważyć, że nawet mimo słabej gry Ronaldo i Messiego dwaj giganci zdołali swoich rywali pokonać. „Nietoperze” to rzecz jasna inny wymiar gatunkowy. Nie zmienia to jednak faktu, że falcaodependencja może być w tym sezonie zjawiskiem wyjątkowo częstym. Od początku rozgrywek zachwycamy się mniej utytułowanym madryckim klubem. Ale wszyscy doskonale znamy prawdę – gdyby nie ten niesamowity Falcao, Atletico już dawno zostałoby w lidze pokonane. Kolumbijczyk wystąpił w tym sezonie w dziewięciu meczach – opuścił jedynie spotkanie w 6. kolejce. Wówczas akurat madrytczykom udało się wygrać. Przed ostatnią ligową serią gier Atletico miało na koncie osiem zwycięstw i jeden remis. Jeden jedyny remis został zanotowany na inaugurację rozgrywek (1:1 z Levante) – Falcao bramki wtedy nie zdobył. Od tamtego momentu zawsze, gdy przebywał na boisku, przynajmniej raz pakował futbolówkę do siatki, a Atletico – jak nie trudno się domyślić – wygrywało. W minioną sobotę zabrakło gola Falcao i w końcu nastąpiło to, co nastąpić musiało, czyli pierwsza ligowa porażka.











