Inauguracja Stadionu Narodowego w Warszawie nie wypadła zbyt okazale. Rywal, owszem, był jak najbardziej z górnej półki, w pierwszym składzie i żądny zwycięstwa. Na miarę meczu towarzyskiego oczywiście. „Orły Smudy” również, z tym że miały obowiązek postarać się zdecydowanie bardziej o strzelanie goli.
Przy okazji środowego meczu dziennikarze piszący o polskiej reprezentacji często wracali do meczów z Portugalczykami sprzed sześciu lat, jednych z najlepszych w wykonaniu „Biało-czerwonych” w ostatnim ćwierćwieczu. Miało to sens jedynie ze względu na tego samego rywala, żadnych podstaw nie miało natomiast przekonywanie, że gra z „Seleccao” nam leży i skoro w dwóch ostatnich spotkaniach potrafiliśmy zaprezentować się z nimi korzystnie, to i teraz będzie podobnie. Nic z tych rzeczy. Spotkania z Chorzowa i Lizbony były bataliami o punkty między dwiema najlepszymi drużynami w grupie, wyzwalały nie tylko w Polakach, ale i w graczach z Półwyspu Iberyjskiego maksymalny poziom ambicji i determinacji. Jaki jest cel porównywania środowej potyczki z poprzednimi?

Może inauguracja stadionu miała być bodźcem, który przypomni Polakom październik 2006 i świetny mecz w Chorzowie, i postarają się oni powtórzyć albo i poprawić historyczny wynik? Obawiam się, że to za słaby bodziec. Fajnie, że jest nowy stadion, ale podobne dywagacje mogłyby się sprawdzić właściwie tylko w przypadku meczu, który faktycznie miał sportowo otwierać obiekt (czyli meczu z Niemcami w zeszłym roku). Portugalia to żaden odwieczny rywal, owszem, drużyna bardzo mocna, z indywidualnościami, ale nie było sensu sztucznie podkręcać atmosfery przed spotkaniem. Na zawodników Smudy mobilizująco miała podziałać również świadomość, że to ostatni sprawdzian przed Euro z tak poważnym rywalem.
Kij ma jednak dwa końce. To, co miało mobilizować, mogło równocześnie zdemobilizować, speszyć. Summa summarum Polacy zagrali nieźle, ale bojaźliwie. Wiedzieli, że gra w otwarte karty przez 90 minut będzie podobać się kibicom, ale z drugiej strony musi nieść za sobą ryzyko utraty bramek. Przede wszystkim staraliśmy się więc zagrać na zero z tyłu, a w ofensywie mierzyliśmy siły na zamiary.
Trudno mieć pretensje o taki stan rzeczy, biorąc pod uwagę, kto w polskiej drużynie odgrywał rolę najbardziej wysuniętego gracza. Etatowy środkowy napastnik kadry, znajdujący się od dłuższego już czasu w znakomitej formie Robert Lewandowski nie chciał bowiem ryzykować pogłębienia się urazu mięśniowego i Portugalię sobie odpuścił. Słusznie, bo jest on absolutną podporą drużyny i jeden mecz mniej nie wpłynie znacząco na jego zgranie z kolegami. Poza tym kibice, dziennikarze, a także selekcjoner mogli się przekonać, jak wygląda nasz napad bez „Lewego”.












