W niedzielę konieczne było zwycięstwo, zaś remis ewentualnym minimum (i to takim prawdziwym minimum). I chyba właśnie ta świadomość niebezpieczeństwa, w jakim znalazła się drużyna zmotywowała ich do lepszej gry. Widzew Łódź zasłużenie pokonuje Motor Lublin, dzięki czemu możemy stwierdzić, że łódzki pacjent ma ochotę jeszcze żyć i utrzymać się w PKO BP Ekstraklasie.
Atmosfera wokół RTS-u daleka jest od dobrej. Pomimo milionów wydanych na transfery, klub aktualnie jest jednym z głównych faworytów do spadku (Termalica, mimo zwycięstwa z Zagłębiem Lubin, nadal zdaje się pewniakiem). Może i w Łodzi nikt nie oczekiwał Mistrza Polski, ale bynajmniej też nikt nie spodziewał się, że wszystko będzie wyglądać tak źle. Po niedzielnej wygranej z Motorem sytuacja ligowa nieco się poprawi, bo klub doskoczył do bezpiecznej strefy na dwa punkty.
Pierwsza połowa symbolem rozżalenia kibiców
Frustracja była słyszalna oraz widzialna od początku. Jeszcze zanim rozpoczęło się spotkanie, usłyszeliśmy dwie nieprzychylne przyśpiewki, które są wyrazem wściekłości oraz stanowią formę żądania natychmiastowej poprawy gry. Wywieszono parę banerów, które również stanowiły dowód na to, że miło to już było. Ale najbardziej widać to było w dopingu gospodarzy, a właściwie jego braku.
Bywaliśmy na tym stadionie i zawsze podobała nam się atmosfera. Gorąca, żywiołowa, fani do ostatniej sekundy wspierający swój ukochany zespół. Z Motorem? Cisza, przerywana gwizdami, albo głośnym westchnięciem po zmarnowanej akcji bądź złym podaniu. I na cmentarzu bywa weselej. Polepszyło się dopiero po wyniku 2:0, ale to były raczej niemrawe podrygi.
Widzew Łódź zmotywowany od początku
A uczciwie trzeba przyznać, że wejście w mecz widzewiaków było w porządku. Świadomość możliwego spadku mocniej niż dotąd uderzyła gospodarzy, bo od początku starali się atakować bramkę gości. Spróbował szczęścia Fornalczyk po zejściu z piłką do środka. Potem było dośrodkowanie z prawej flanki. Właśnie kończył się pierwszy kwadrans, gdy ujrzeliśmy pierwszego gola. Dobrze bity rzut rożny, główka Leragera, potem inteligentna główka od Wiśniewskiego, który doskonale zgrał piłkę głową na szósty metr, tam zaś Carlos Isaac Munoz pewnie pokonał Gaspera Tratnika.
Jednak taki obrazek już widzieliśmy: Widzew prowadzi, by potem siąść na laurach i biernie czekać na rywala. Czasem kończyło się to wypuszczonymi punktami, jak choćby z Radomiakiem. W tej kolejce mocno pracowali podopieczni Vukovicia, by ten scenariusz się nie ziścił. Swoją szansę miał jeszcze Przemek Wiśniewski, ale jego strzał głową poleciał ponad bramką. Tuż przed 40. minutą kolejny raz sunęła akcja lewą stroną Widzewa, a przeciągnięte dośrodkowanie strzałem zwieńczył strzelec gola na 1:0. Tym razem dużo mu brakowało.











