Piątkowy wieczór w ekstraklasie zapowiadał się bardzo dobrze. W menu głównym widniała bowiem niezwykle apetyczna pozycja o nazwie „Cracovia – Zagłębie Lubin”. Spotkanie na stadionie przy ulicy Kałuży spełniło oczekiwania nawet najbardziej wybrednych smakoszy.
Tempo, taktyka, momentami bardzo efektowna gra. Tak w telegraficznym skrócie można opisać to, co działo się w Krakowie. Sam początek to imponująca szybkością rozegrania i zdolnościami technicznymi Cracovia, która zdawała się przejmować inicjatywę. Jak się jednak okazało, nie trwało to zbyt długo, a Zagłębie powoli odzyskiwało pole gry. Bardzo mądrze wyglądał środek pola, w którym, jak zwykle tej wiosny (ligowej, na stadionie było niesłychanie zimno), prym wiódł Filip Starzyński. I to właśnie nowy nabytek „Miedziowych” otworzył wynik spotkania, skutecznie wykorzystując rzut karny w doliczonym czasie pierwszej połowy („jedenastka” słuszna).
Druga połowa zaczęła się podobnie jak pierwsza, tym razem jednak „Pasy” były w stanie swoją przewagę udokumentować wyrównującą bramką Boubacara Dialiby. Senegalczyk zaimponował przyjęciem, wejściem w pole karne na pełnej szybkości i pięknym strzałem lewą nogą, tuż obok słupka bramki strzeżonej przez Martina Polacka.
Gospodarze chcieli pójść za ciosem, nie wszystko jednak funkcjonowało tak, jak powinno. Słabszy mecz przytrafił się Marcinowi Budzińskiemu, który, jak nie on, gubił co chwilę piłkę lub wpadał z nią na najbliższego rywala. Zagłębie czekało na okazję do kontry i w pewnym momencie taka się nadarzyła. Łukasz Janoszka, przez nikogo nieatakowany, wpadł z piłką między obrońców gospodarzy i nie miał problemu z zadaniem śmiertelnego ciosu.













