Futbol za Żelazną Kurtyną zawsze stał na słabszym poziomie. Zdarzały się jednak lata, które temu zaprzeczały. Zespoły z tzw. bloku wschodniego potrafiły grać w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych jak równy z równym z drużynami z Zachodu. Ba, potrafiły nawet sięgać po trofeum w tych rozgrywkach. Po zmianie szyldu na Ligę Mistrzów wszystko prysło. Od 1992 roku nie jest już tak dobrze. Dlaczego? Kasa, po prostu kasa.
Przed laty kluby z tzw. bloku wschodniego (do którego należał ZSRR i kraje satelickie oraz Jugosławia i Albania) potrafiły rywalizować z zachodnimi drużynami na równi. Jednak od początku lat 90. do dziś piłka nożna w Europie Wschodniej jest w odwrocie. Wiadomo, są wyjątki, ale nieliczne i sporadyczne. Główny powód takiej sytuacji? Pieniądze.
Pieniądz rządzi światem. Może i jest to nieco wyświechtane powiedzenie, ale do bólu prawdziwe. Dziś ten kto ma ogromny kapitał, może pozwolić sobie na zdecydowanie więcej. Nie inaczej jest w futbolu. Zachodnie ligi są atrakcyjniejsze dla widzów, a co za tym idzie sponsorzy chętniej inwestują właśnie w te ligi. Im większe zainteresowanie, tym więcej można zarobić z praw telewizyjnych. I jakoś się tak na tym Zachodzie kręci. We wschodniej części Europy jest inaczej, biedniej. Wpływy do klubowych kas są tutaj nieporównywalnie mniejsze, przez co rozwój też jest wolniejszy, a możliwości nadrobienia, doskoczenia do Zachodu już praktycznie nie ma.
Jedyną szansą dla klubu z dawnego bloku wschodniego byłby multimiliarder, który zechciałby się trochę pobawić w piłkę nożną. Innej opcji już chyba nie ma, a przynajmniej ja takowej nie widzę. Jeśli chodzi o nasze kluby, to my jesteśmy praktycznie na samym końcu tej wschodniej hierarchii. Niestety. Jesteśmy tylko małym trybikiem w ogromnej maszynie. Krótko. Jesteśmy prawie na końcu układu pokarmowego i za bardzo nie mamy pomysłu, jak się w nim przesunąć do góry, aby też móc zjadać mniejszych i słabszych.
Problemy
Pierwszym problemem futbolu z naszego regionu są wspominanie kilkukrotnie pieniądze. Drugim najważniejszym problemem są piłkarze. Schemat wygląda następująco. Przychodzi większy klub z zachodniej Europy, oferuję za utalentowanego piłkarza kilka, kilkanaście milionów euro i wyciąga go do swojej ekipy. W sumie nawet nie musi to być zespół z najwyższej półki, bo przecież takich średniaków z Premier League również stać na to, aby wyskautować i wydać kilka milionów euro za najbardziej utalentowanych graczy ze wschodu. Traktują ich jak swego rodzaju inwestycję. Młodzi odchodzą, a kluby na siłę próbują łatać kadrowe dziury. Podsumowując więksi wyzyskują mniejszych.
Gdy jeszcze istniała Jugosławia i gdy rozgrywano tamtejszą ligę, to obowiązywał w niej pewien ciekawy przepis. Rodzimi gracze do 28. roku życia mieli zakaz opuszczenia kraju. Zasada ta obowiązywała do 1991 roku. I można uznać to za taką datę graniczną, pomiędzy starymi, dobrymi czasami, a dzisiejszymi, pozbawionymi blasku tamtej epoki. Nie mówię, że ten przepis był idealny i pozwalał budować siłę ligi, klubu. Wiadomo, w obecnych czasach nie ma on racji bytu, ze względu na wiele powodów. Na przykład dlatego, że mamy Unię Europejską i prawo pracy pozwala każdemu szukać możliwości zarobku w kraju członkowskim.
Kolejnym problemem, który chyba na dobre pogrzebał szanse zespołów z bloku wschodniego na nawiązanie do sukcesów z poprzedniego wieku, stało się sukcesywne rozszerzenie Ligi Mistrzów. Najpierw powiększono ją o wicemistrzów z najlepszych lig, a dziś grają w niej nawet po cztery najlepsze zespoły z lig TOP5. To zepchnęło wschodni futbol na peryferia. Nie licząc rosyjskich i ukraińskich klubów, które w fazie grupowej tych elitarnych rozgrywek grają regularnie, to przedstawiciele pozostałych krajów będących niegdyś za Żelazną Kurtyną sporadycznie awansują do Ligi Mistrzów. W tegorocznej edycji jest to Ferencvárosi, które w swojej historii tylko raz grało w tej prestiżowej lidze. Miało to miejsce w sezonie 1995/1996.
Puchar Mistrzów (1955-1992)
Liga Mistrzów (1992- do teraz)
Zwycięstwo
2
–
Finał
4
–
Półfinał
20
1
Ćwierćfinał
71
9
Tabelka ta i podane w niej statystyki chyba najlepiej obrazują, kto stał się ofiarą powiększenia Champions League. Kiedyś zespoły ze Wschodu miały zdecydowanie łatwiej i też widok czterech klubów z tej części Europy w ćwierćfinale nikogo nie dziwił. W przeszłości zdarzało się to kilkukrotnie, dziś byłby to ogromny szok.
Najlepsi ze Wschodu
Pierwsze dwa zespoły, które przychodzą namyśl, gdy pomyślimy o Pucharze Europejskich Mistrzów Krajowych, to Crvena Zvezda Belgrad i Steaua Bukareszt. Dziś klub ze stolicy Serbii, a dawniej z Jugosławii w sezonie 1990/1991 dotarł do finału, w którym to na Stadio San Nicola w Bari pokonał Olympique Maryslia. Rozstrzygnięcie tamtego meczu nastąpiło dopiero po serii rzutów karnych. „Czerwono-biali” byli bezbłędni. Pewnie na gole zamienili wszystkie jedenastki. Wygrali 5:3, a strzelanie rozpoczął Robert Prosinecki, następnie do wapna kolejno podchodzili Dragisa Binic, Miodrag Belodedici, Sinisa Mihajlovic i Darko Pancev. Warto podkreślić, że w tamtej edycji półfinałowym rywalem francuskiej ekipy był inny zespół z bloku wschodniego – Spartak Moskwa.
Poza tym, że Crvena Zvezda triumfowała w tych rozgrywkach, to dwukrotnie dochodziła do półfinału, gdzie najpierw w sezonie 1956/1957 przegrała z ACF Fiorentiną, a następnie w kampanii 1970/1971 nieznacznie uległa w dwumeczu greckiemu Panathinaikosowi. Serbowie przegrali bowiem przez to, że zdobyli mniej goli na wyjeździe. Ponadto pięciokrotnie zatrzymywali się na ćwierćfinale Pucharu Mistrzów.
Jeśli chodzi o rumuńską Steauę, to jest to kolejny zespół, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Klub ze stolicy Rumunii dwukrotnie znalazł się w finale tych prestiżowych rozgrywek. Pierwszy raz w 1986 roku. W Sewilli, na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan w obecności około 70. tysięcy widzów pokonali FC Barcelonę. Tak samo, jak kilka lat później Crvena wygrali po konkursie jedenastek (2:0). Po trzech latach Steaua ponownie znalazła się w finale Pucharu Mistrzów. Finał ponownie rozgrywany był w Hiszpanii. Tym razem na Camp Nou.
Barcelona nie była dla nich szczęśliwa. Szybko zostali odprawieni z kwitkiem. Po 46. minutach gry przeciwko Milanowi przegrywali już 4:0. Marzenia o kolejnym triumfie więc mogli odłożyć na kolejne lata. Lata, które już najprawdopodobniej nigdy nie nadejdą.
Patrząc na historie występów polskich zespołów w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych (na Ligę Mistrzów nie ma co patrzeć), to zespołami, które najdalej zaszły, bo aż do półfinału, są Legia Warszawa i Widzew Łódź. Stołecznemu klubowi sztuka ta udała się w kampanii 1969/1970. W pierwszej rundzie przyszło im się zmierzyć z rumuńskim UT Arad, a następnie z AS Saint-Etienne, Galatasaray i wreszcie z Feyenoordem. W pierwszym starciu półfinałowym padł bezbramkowy remis, w rewanżu zaś Holendrzy pokonali „Legionistów” 2:0 i zakończyli ich marzenia o grze w wielkim finale.
Łodzianie powtórzyli wyczyn Legii w sezonie 1982/1983. W pierwszej rundzie z kwitkiem odprawili maltański Hibernians FC wygrywając w dwumeczu 7:2. Następnie wpadli na Rapid Wiedeń, z którym to pierwszy mecz przegrali. W stolicy Austrii było 2:1 dla gospodarzy, ale w rewanżu „Czerwono-biało-czerwoni” triumfowali 5:3. W ćwierćfinale trafili na wielki Liverpool, a gdy przeszli i tę przeszkodę na ich drodze pojawił się równie silny Juventus. Wynik dwumeczu? 4:2 dla turyńczyków.
Nalepszym wynikiem w Lidze Mistrzów (czyli od 1992 roku) klubów ze Europy Wschodniej jest półfinał osiągnięty w kampanii 1998/1999 przez Dynamo Kijów. Ukraińcy ulegli Bayernowi Monachium (4:3) i od tamtej pory żaden klub będący niegdyś za Żelazną kurtyną nie dotarł tak daleko.
Szanse Ferencvárosi
Jak już wspomnieliśmy Ferencvárosi wraca do Ligi Mistrzów po 25 latach. Wtedy trafił do grupy z Ajaxem, Realem Madryt i Grasshopperem Zurich. Zajęli trzecie miejsce zdobywając w sumie pięć punktów. To z czym kojarzyć będzie się tamtą rywalizacje, to przede wszystkim spotkanie w Madrycie, przeciwko Realowi. Węgrzy polegli 6:1, a hattricka w tamtym meczu zdobył Raul. Dziś legenda „Królewskich”, a wtedy obiecujący nastolatek. Napastnik miał wówczas 18 lat i 113 dni i do dziś jest najmłodszym, któremu udała się ta sztuka.
W tej kampanii mistrzowi Węgier przyjdzie zmierzyć się z innym hiszpańskim gigantem FC Barceloną, z którą zagrają już dziś, oraz Juventusem i Dynamem Kijów. Grupa piekielnie silna, aczkolwiek widzimy w tym zespole potencjał, który pozwala nam myśleć, że powalczą z Ukraińcami o trzecią lokatę i awans do Ligi Europy.
W eliminacjach ograli Molde FK, Dinamo Zagrzeb czy Celtic Glasgow, dlaczego więc nie mieliby powalczyć, jak równy z równym z Dynamem? Mają zdolnego trenera Sergieja Rebrowa, który swego czasu był gwiazdą klubu ze stolicy Ukrainy. Dwa lata temu objął posadę, a dziś zagra w Lidze Mistrzów.
W zielono-białych barwach występuje obecnie trzech piłkarzy, którzy grali w polskiej ekstraklasie – Gergo Lovrencsics (kapitan klubu z Budapesztu), Lasha Dvali (Śląsk Wrocław i Pogoń Szczecin) oraz Adnan Kovacevic (Korona Kielce).
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Futbol za Żelazną Kurtyną zawsze stał na słabszym poziomie. Zdarzały się jednak lata, które temu zaprzeczały. Zespoły z tzw. bloku wschodniego potrafiły grać w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych jak równy z równym z drużynami z Zachodu. Ba, potrafiły nawet sięgać po trofeum w tych rozgrywkach. Po zmianie szyldu na Ligę Mistrzów wszystko prysło. Od 1992 roku nie jest już tak dobrze. Dlaczego? Kasa, po prostu kasa.
Przed laty kluby z tzw. bloku wschodniego (do którego należał ZSRR i kraje satelickie oraz Jugosławia i Albania) potrafiły rywalizować z zachodnimi drużynami na równi. Jednak od początku lat 90. do dziś piłka nożna w Europie Wschodniej jest w odwrocie. Wiadomo, są wyjątki, ale nieliczne i sporadyczne. Główny powód takiej sytuacji? Pieniądze.
Pieniądz rządzi światem. Może i jest to nieco wyświechtane powiedzenie, ale do bólu prawdziwe. Dziś ten kto ma ogromny kapitał, może pozwolić sobie na zdecydowanie więcej. Nie inaczej jest w futbolu. Zachodnie ligi są atrakcyjniejsze dla widzów, a co za tym idzie sponsorzy chętniej inwestują właśnie w te ligi. Im większe zainteresowanie, tym więcej można zarobić z praw telewizyjnych. I jakoś się tak na tym Zachodzie kręci. We wschodniej części Europy jest inaczej, biedniej. Wpływy do klubowych kas są tutaj nieporównywalnie mniejsze, przez co rozwój też jest wolniejszy, a możliwości nadrobienia, doskoczenia do Zachodu już praktycznie nie ma.
Jedyną szansą dla klubu z dawnego bloku wschodniego byłby multimiliarder, który zechciałby się trochę pobawić w piłkę nożną. Innej opcji już chyba nie ma, a przynajmniej ja takowej nie widzę. Jeśli chodzi o nasze kluby, to my jesteśmy praktycznie na samym końcu tej wschodniej hierarchii. Niestety. Jesteśmy tylko małym trybikiem w ogromnej maszynie. Krótko. Jesteśmy prawie na końcu układu pokarmowego i za bardzo nie mamy pomysłu, jak się w nim przesunąć do góry, aby też móc zjadać mniejszych i słabszych.
Problemy
Pierwszym problemem futbolu z naszego regionu są wspominanie kilkukrotnie pieniądze. Drugim najważniejszym problemem są piłkarze. Schemat wygląda następująco. Przychodzi większy klub z zachodniej Europy, oferuję za utalentowanego piłkarza kilka, kilkanaście milionów euro i wyciąga go do swojej ekipy. W sumie nawet nie musi to być zespół z najwyższej półki, bo przecież takich średniaków z Premier League również stać na to, aby wyskautować i wydać kilka milionów euro za najbardziej utalentowanych graczy ze wschodu. Traktują ich jak swego rodzaju inwestycję. Młodzi odchodzą, a kluby na siłę próbują łatać kadrowe dziury. Podsumowując więksi wyzyskują mniejszych.
Gdy jeszcze istniała Jugosławia i gdy rozgrywano tamtejszą ligę, to obowiązywał w niej pewien ciekawy przepis. Rodzimi gracze do 28. roku życia mieli zakaz opuszczenia kraju. Zasada ta obowiązywała do 1991 roku. I można uznać to za taką datę graniczną, pomiędzy starymi, dobrymi czasami, a dzisiejszymi, pozbawionymi blasku tamtej epoki. Nie mówię, że ten przepis był idealny i pozwalał budować siłę ligi, klubu. Wiadomo, w obecnych czasach nie ma on racji bytu, ze względu na wiele powodów. Na przykład dlatego, że mamy Unię Europejską i prawo pracy pozwala każdemu szukać możliwości zarobku w kraju członkowskim.
Kolejnym problemem, który chyba na dobre pogrzebał szanse zespołów z bloku wschodniego na nawiązanie do sukcesów z poprzedniego wieku, stało się sukcesywne rozszerzenie Ligi Mistrzów. Najpierw powiększono ją o wicemistrzów z najlepszych lig, a dziś grają w niej nawet po cztery najlepsze zespoły z lig TOP5. To zepchnęło wschodni futbol na peryferia. Nie licząc rosyjskich i ukraińskich klubów, które w fazie grupowej tych elitarnych rozgrywek grają regularnie, to przedstawiciele pozostałych krajów będących niegdyś za Żelazną Kurtyną sporadycznie awansują do Ligi Mistrzów. W tegorocznej edycji jest to Ferencvárosi, które w swojej historii tylko raz grało w tej prestiżowej lidze. Miało to miejsce w sezonie 1995/1996.
Puchar Mistrzów (1955-1992)
Liga Mistrzów (1992- do teraz)
Zwycięstwo
2
–
Finał
4
–
Półfinał
20
1
Ćwierćfinał
71
9
Tabelka ta i podane w niej statystyki chyba najlepiej obrazują, kto stał się ofiarą powiększenia Champions League. Kiedyś zespoły ze Wschodu miały zdecydowanie łatwiej i też widok czterech klubów z tej części Europy w ćwierćfinale nikogo nie dziwił. W przeszłości zdarzało się to kilkukrotnie, dziś byłby to ogromny szok.
Najlepsi ze Wschodu
Pierwsze dwa zespoły, które przychodzą namyśl, gdy pomyślimy o Pucharze Europejskich Mistrzów Krajowych, to Crvena Zvezda Belgrad i Steaua Bukareszt. Dziś klub ze stolicy Serbii, a dawniej z Jugosławii w sezonie 1990/1991 dotarł do finału, w którym to na Stadio San Nicola w Bari pokonał Olympique Maryslia. Rozstrzygnięcie tamtego meczu nastąpiło dopiero po serii rzutów karnych. „Czerwono-biali” byli bezbłędni. Pewnie na gole zamienili wszystkie jedenastki. Wygrali 5:3, a strzelanie rozpoczął Robert Prosinecki, następnie do wapna kolejno podchodzili Dragisa Binic, Miodrag Belodedici, Sinisa Mihajlovic i Darko Pancev. Warto podkreślić, że w tamtej edycji półfinałowym rywalem francuskiej ekipy był inny zespół z bloku wschodniego – Spartak Moskwa.
Poza tym, że Crvena Zvezda triumfowała w tych rozgrywkach, to dwukrotnie dochodziła do półfinału, gdzie najpierw w sezonie 1956/1957 przegrała z ACF Fiorentiną, a następnie w kampanii 1970/1971 nieznacznie uległa w dwumeczu greckiemu Panathinaikosowi. Serbowie przegrali bowiem przez to, że zdobyli mniej goli na wyjeździe. Ponadto pięciokrotnie zatrzymywali się na ćwierćfinale Pucharu Mistrzów.
Jeśli chodzi o rumuńską Steauę, to jest to kolejny zespół, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Klub ze stolicy Rumunii dwukrotnie znalazł się w finale tych prestiżowych rozgrywek. Pierwszy raz w 1986 roku. W Sewilli, na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan w obecności około 70. tysięcy widzów pokonali FC Barcelonę. Tak samo, jak kilka lat później Crvena wygrali po konkursie jedenastek (2:0). Po trzech latach Steaua ponownie znalazła się w finale Pucharu Mistrzów. Finał ponownie rozgrywany był w Hiszpanii. Tym razem na Camp Nou.
Barcelona nie była dla nich szczęśliwa. Szybko zostali odprawieni z kwitkiem. Po 46. minutach gry przeciwko Milanowi przegrywali już 4:0. Marzenia o kolejnym triumfie więc mogli odłożyć na kolejne lata. Lata, które już najprawdopodobniej nigdy nie nadejdą.
Patrząc na historie występów polskich zespołów w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych (na Ligę Mistrzów nie ma co patrzeć), to zespołami, które najdalej zaszły, bo aż do półfinału, są Legia Warszawa i Widzew Łódź. Stołecznemu klubowi sztuka ta udała się w kampanii 1969/1970. W pierwszej rundzie przyszło im się zmierzyć z rumuńskim UT Arad, a następnie z AS Saint-Etienne, Galatasaray i wreszcie z Feyenoordem. W pierwszym starciu półfinałowym padł bezbramkowy remis, w rewanżu zaś Holendrzy pokonali „Legionistów” 2:0 i zakończyli ich marzenia o grze w wielkim finale.
Łodzianie powtórzyli wyczyn Legii w sezonie 1982/1983. W pierwszej rundzie z kwitkiem odprawili maltański Hibernians FC wygrywając w dwumeczu 7:2. Następnie wpadli na Rapid Wiedeń, z którym to pierwszy mecz przegrali. W stolicy Austrii było 2:1 dla gospodarzy, ale w rewanżu „Czerwono-biało-czerwoni” triumfowali 5:3. W ćwierćfinale trafili na wielki Liverpool, a gdy przeszli i tę przeszkodę na ich drodze pojawił się równie silny Juventus. Wynik dwumeczu? 4:2 dla turyńczyków.
Nalepszym wynikiem w Lidze Mistrzów (czyli od 1992 roku) klubów ze Europy Wschodniej jest półfinał osiągnięty w kampanii 1998/1999 przez Dynamo Kijów. Ukraińcy ulegli Bayernowi Monachium (4:3) i od tamtej pory żaden klub będący niegdyś za Żelazną kurtyną nie dotarł tak daleko.
Szanse Ferencvárosi
Jak już wspomnieliśmy Ferencvárosi wraca do Ligi Mistrzów po 25 latach. Wtedy trafił do grupy z Ajaxem, Realem Madryt i Grasshopperem Zurich. Zajęli trzecie miejsce zdobywając w sumie pięć punktów. To z czym kojarzyć będzie się tamtą rywalizacje, to przede wszystkim spotkanie w Madrycie, przeciwko Realowi. Węgrzy polegli 6:1, a hattricka w tamtym meczu zdobył Raul. Dziś legenda „Królewskich”, a wtedy obiecujący nastolatek. Napastnik miał wówczas 18 lat i 113 dni i do dziś jest najmłodszym, któremu udała się ta sztuka.
W tej kampanii mistrzowi Węgier przyjdzie zmierzyć się z innym hiszpańskim gigantem FC Barceloną, z którą zagrają już dziś, oraz Juventusem i Dynamem Kijów. Grupa piekielnie silna, aczkolwiek widzimy w tym zespole potencjał, który pozwala nam myśleć, że powalczą z Ukraińcami o trzecią lokatę i awans do Ligi Europy.
W eliminacjach ograli Molde FK, Dinamo Zagrzeb czy Celtic Glasgow, dlaczego więc nie mieliby powalczyć, jak równy z równym z Dynamem? Mają zdolnego trenera Sergieja Rebrowa, który swego czasu był gwiazdą klubu ze stolicy Ukrainy. Dwa lata temu objął posadę, a dziś zagra w Lidze Mistrzów.
W zielono-białych barwach występuje obecnie trzech piłkarzy, którzy grali w polskiej ekstraklasie – Gergo Lovrencsics (kapitan klubu z Budapesztu), Lasha Dvali (Śląsk Wrocław i Pogoń Szczecin) oraz Adnan Kovacevic (Korona Kielce).