Prowadzenie reprezentacji to gigantyczna presja i olbrzymie wymagania kibiców. Z pewnością nie każdy się do tego nadaje. Co, jeśli obecny trener kadry również nie powinien pełnić tego stanowiska?
Jan Urban objął stery w reprezentacji Polski w lipcu ubiegłego roku. Jego poprzednik, Michał Probierz, podał się do dymisji w atmosferze konfliktu z Robertem Lewandowskim. Biało-Czerwoni byli wtedy po trzech meczach eliminacji mistrzostw świata. Słabym stylem pokonywali w marcu Litwę (1:0) oraz Maltę (2:0). Podczas feralnego czerwcowego zgrupowania ulegli jednak Finlandii (1:2).
Stało się jasne, że zarówno pod względem sportowym, jak i wizerunkowym Probierz nie dowiózł. Trzeba było znaleźć kogoś, kto poprowadzi kadrę bezpiecznie do baraży i zakończy konflikty w szatni. Wybór padł na Jana Urbana. Doświadczony trener miał w swoim CV prowadzenie takich marek jak Legia Warszawa, Lech Poznań czy ostatnio Górnik Zabrze. Nowy selekcjoner od razu został wrzucony na głęboką wodę. W debiucie zmierzył się z Holandią w Rotterdamie. Egzamin zdał, remisując 1:1. Trzy dni później w niezwykle ważnym meczu pokonał Finlandię (3:1) i znacząco przybliżył nas do barażów.
Październik to zaledwie jeden mecz o stawkę. Wygrana z Litwą w Kownie nastroiła kibiców optymizmem przed ostatnią rundą zmagań o bezpośredni awans na mundial. Kolejny podział punktów z Holandią (znów 1:1) oraz wymęczone zwycięstwo z Maltą (3:2) zagwarantowały nam grę w barażach. W międzyczasie Urban odbudował wizerunek reprezentacji, kończąc konflikt na linii selekcjoner kontra Lewandowski. Wydawać się mogło, że w końcu mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Iluzja szybko się jednak posypała.

Pierwsze problemy
Półfinał play-offów to mecz na Stadionie Narodowym z Albanią. Kadra grała słabo; do przerwy przegrywaliśmy 0:1. W drugiej odsłonie losy spotkania odwrócili Lewandowski i Zieliński, ale niesmak pozostał. Nie napawało to optymizmem przed starciem ze Szwecją w Solnie, na które Biało-Czerwoni udali się pięć dni później. Pamiętny finał baraży na Strawberry Arenie musiał się tak skończyć. Choć kontrowersje budziły niektóre decyzje arbitra Slavko Vincicia, to głównym powodem tej klęski była słaba gra w defensywie. Szwedzi odbili sobie porażkę sprzed czterech lat. Natomiast my nie awansowaliśmy na pierwszą wielką imprezę od 2014 roku.
Dziś, przed kolejnymi meczami Ligi Narodów, musimy postawić sobie tytułowe pytanie. Chodzi nie tylko o Urbana, ale o kierunek, w którym zmierzamy. Wszyscy zgodzimy się chyba, że Probierz był selekcjonerem słabym. Poprzedzający go Fernando Santos również był nieudanym eksperymentem. Od obecnego trenera kadry mieliśmy jednak prawo wymagać znacznie więcej. Piątkowy mecz z Bośnią przedłuża tylko serię spotkań, w których wyglądamy równie słabo jak pod ich wodzą.











