Przed nami ostatnie spotkania 1/8 finału Ligi Mistrzów. Największą niespodzianką sprzed trzech tygodni była porażka Arsenalu Londyn z AS Monaco. Borussia Dortmund również nie potrafiła wygrać swojego spotkania i uległa Juventusowi Turyn. Czy obie te ekipy są przed rewanżami na straconej pozycji?
W trudniejszej sytuacji zdecydowanie znajduje się drużyna Wojtka Szczęsnego. Jego koledzy w pierwszym spotkaniu przegrali aż 1:3 na własnym stadionie. Borussia, w której występują Jakub Błaszczykowski oraz Łukasz Piszczek, przed trzema tygodniami przegrała z mistrzem Włoch na Juventus Stadium 1:2.
Arsenal wciąż wierzy
Gdy losowano pary do rundy pucharowej, Arsenal już czuł się jedną nogą w ćwierćfinale, bo po raz pierwszy od czterech lat, udało im się wpaść na teoretycznie słabszy od nich zespół. Ostatnimi laty na tym etapie rozgrywek rywalami „Kanonierów” byli kolejno: FC Barcelona, AC Milan oraz dwukrotnie Bayern Monachium. Gdy 15 grudnia Gianni Infantino wyciągnął karteczkę z napisem „AS Monaco”, Anglicy wiedzieli, że to oni są faworytami w tym dwumeczu i nie kryli zadowolenia z takiego obrotu spraw.
Jak się jednak okazało, drużyna słabsza niekoniecznie znaczy gorsza. W meczu rozegranym trzy tygodnie temu na Emirates Stadium zawodnicy Arsenalu prezentowali się lepiej, ale nie potrafili wykończyć wielu sytuacji, które sobie stworzyli, co bezlitośnie wykorzystali piłkarze grający w Ligue 1, którzy bardzo solidnie grali w obronie. Monegaskowie nie stworzyli sobie zbyt wielu sytuacji, jednak byli wyjątkowo skuteczni. Dla porównania, w całej fazie grupowej strzelili tylko cztery bramki.
Dobra gra w obronie również nie jest przypadkiem, ponieważ w pierwszych sześciu meczach piłkarze Leonardo Jardima stracili tylko jedną bramkę i są pod tym względem najlepsi w całych rozgrywkach. Obrona Monegasków równie dobrze spisuje się w lidze: w 13 ostatnich meczach w Ligue 1 stracili jedynie trzy (!) bramki. W Londynie kapitalnie w środku pomocy zagrali Moutinho i Kondogbia – pierwszy świetnie kreował grę, a drugi był niczym czołg i swój występ przypieczętował bramką. Zabójcze kontry zespołu z Księstwa sprawiły, że „Kanonierzy”, pomimo wizualnej przewagi w tym meczu, nie mieli nic do powiedzenia. Aby awansować, „The Gunners” potrzebują co najmniej trzech bramek, co sprawi, że prawdopodobnie od początku meczu rzucą się do ataku, a ich przeciwnicy będą tylko czyhać na kontrataki. Gdyby jeden z nich zakończył się sukcesem, Anglicy mogliby już powoli zapomnieć o kolejnej rundzie.











