Derby Andaluzji dla Sevilli! Drużyna prowadzona przez Michela wręcz zmiotła z boiska Real Betis, pokonując go aż 5:1. Warto dodać, że do przerwy gospodarze prowadzili już 4:0, a pierwszego gola zdobyli w 12. sekundzie meczu.
Nie podlegało żadnej wątpliwości, że derby stolicy Andaluzji będą wydarzeniem bez precedensu. Nikt jednak chyba nie wyobrażał sobie tak niesamowitego początku spotkania. Na Ramon Sanchez Pizjuan już w pierwszych pięciu minutach kibice oglądali dwa gole. Co ważniejsze, obydwa – ku ich uciesze – zdobyli gospodarze. Najpierw, już w 12. sekundzie pojedynku, prowadzenie Sevilli dał Jose Antonio Reyes, wykorzystując fatalny błąd bramkarza gości. „Los Beticos” jeszcze nie zdążyli otrząsnąć się po tym ciosie, a już musieli wyciągać piłkę z siatki po raz drugi. W 5. minucie gola zdobył bowiem Federico Fazio, a jeszcze wcześniej znakomitą okazję miał Navas, ale zwycięsko z pojedynku z hiszpańskim skrzydłowym wyszedł golkiper Betisu. Po kolejnych 120 sekundach powinno być już 3:0. Znakomitą prostopadłą piłkę otrzymał Negredo, minął wychodzącego do niego za pole karne bramkarza, jednak z ostrego kąta nie zdołał trafić niemal do pustej bramki.

Sevilla ani myślała spuszczać z tonu. Podopieczni Michela w dalszym ciągu zaciekle atakowali bramkę swojego przeciwnika, ale nie byli już tak niebezpieczni jak w początkowych fragmentach gry. Bardzo spięta była jednak linia defensywna Betisu, która co chwilę popełniała mniej lub bardziej poważne błędy. Po jednym z nich zakotłowało się w „szesnastce” Adriana po rzucie rożnym, ale ostatecznie wynik nie uległ zmianie. W 29. minucie gospodarze stworzyli sobie kolejną znakomitą szansę. Prawą stroną pomknął Jesus Navas, oddał mocny strzał z ostrego kąta, Adrian odbił piłkę do przodu, a dobitkę Reyesa tuż przed linią bramkową zablokował jeden z obrońców Betisu. Co się odwlecze, to nie uciecze – były gracz Realu Madryt po raz drugi na listę strzelców wpisał się w 33. minucie pojedynku. Najpierw Cicinho wrzucił futbolówkę z prawej strony, strzał Negredo zatrzymał się na poprzeczce, ale tym razem dobitka Reyesa była już skuteczna. 3:0!
Oszołomiony boiskowymi wydarzeniami Real ciągle był tylko tłem dla świetnie spisującej się drużyny Sevilli. Podopieczni Michela skręcili nieco tempo rozgrywania swoich akcji, ale i tak byli stroną absolutnie przeważającą. Betis nie miał żadnego pomysłu na to, jak choćby przedostać się w okolice pola karnego Palopa. Jakby tego było mało, przed przerwą „Los Beticos” stracili czwartego gola. Na dwie minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego Reyes wywalczył piłkę z lewej strony boiska, idealnie dorzucił ją na głowę Fazio, a ten wpakował futbolówkę do bramki. Chwilę później obydwie ekipy udały się na przerwę.
Początek drugiej odsłony nie miał nic wspólnego z tym, co oglądaliśmy przed przerwą. Sevilla co prawda w dalszym ciągu dłużej utrzymywała się przy piłce i była stroną przeważającą, ale nie potrafiła poważniej zagrozić bramce Betisu. Podopieczni Michela wyszli na drugą połowę nieco mnie żądni krwi. Ale co się dziwić, rywal nie stawiał zbyt wygórowanych warunków. W 62. minucie Betisowi dopiekł sam sędzia. Jose Antonio Reyes dopadł do odbitej przed „szesnastkę” piłki, zdecydował się na mocny strzał, po którym futbolówka dość przypadkowo trafiła w rękę Pereza. Teixeira Vitienes zakwalifikował jednak to zagranie na żółtą kartkę. Dla Pereza było to niestety drugie żółtko i Betis przez ostatnie pół godziny musiał grać w osłabieniu. Po podyktowanym rzucie wolnym z bardzo niebezpiecznej odległości uderzał Jose Antonio Reyes, ale piłka po rykoszecie minimalnie minęła bramkę Adriana.











