W niedzielne popołudnie Śląsk Wrocław pokonał Ruch Chorzów 3:1, a ten mecz miał swojego bohatera. Był nim Besar Halimi, który rozegrał imponujące zawody i zasłużenie zebrał wiele pochwał pod swoim adresem. Nowy nabytek z Kosowa pokazał, że w tym sezonie może dać wiele drużynie i być kimś, na kim spokojnie można opierać grę ofensywną. Mecz z Ruchem miał jeszcze jedno ważne wydarzenie, a było nim wzruszające pożegnanie legendy Śląska Wrocław – Mariusza Pawelca.
Kim jest i jak trafił do Śląska Wrocław Besar Halimi?
Besar Halimi urodził się we Frankfurcie nad Menem. Jego rodzice pochodzą z Kosowa. Piłkarskie szlify zbierał w akademiach Eintrachtu Frankfurt, SV Darmstadt 98 i 1. FC Nürnberg. W 2015 roku został zawodnikiem FSV Mainz, ale nie zadebiutował w barwach tego klubu. Rzucany był po wypożyczeniach, gdzie za trzecim podejściem trafił do duńskiego Brøndby IF. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. W niebiesko-żółtych barwach wystąpił w 63 spotkaniach strzelając 12 bramek i notując 10 asyst. Duńczycy zdecydowali się na wykup, ale nie zagrzał on tam zbyt długo miejsca. Po niespełna dwóch latach Kosowianin powrócił z Danii do Niemiec, gdzie na jego zatrudnienie zdecydował się SV Sandhausen. Nie notował już tam aż tak dobrych liczb jak w Danii i od tamtego momentu kariera znacząco wyhamowała. Tułał się później głównie po drugim i trzecim poziomie rozgrywkowym w Niemczech. Finalnie latem 2025 roku trafił do Wrocławia, podpisując roczną umowę z opcją jej przedłużenia o kolejny rok.
Początek w Śląsku burzliwy jak aura za oknem
W zielono-biało-czerwonych barwach debiutował w starciu z Wieczystą Kraków. Był to przyzwoity występ. Widać było już od pierwszego kontaktu z piłką, że jest to zawodnik z niebanalną techniką użytkową. W oczy rzucała się chęć grania piłką, choć Wieczysta w tym spotkaniu była agresywna, bardziej zdeterminowana. Beniaminek nie pozwolił na rozwinięcie skrzydeł Halimiemu i całemu zespołowi. Drugim jego meczem było starcie ze Stalą Rzeszów. W pierwszych 30 minutach był całkiem aktywny, wchodził w pojedynki, szukał dryblingu, podawał na przyzwoitym poziomie. Wszystko wskazywało na to, że idzie to w dobrą stronę – zwycięską. Tymczasem inny plan na to jednak miał jego kolega Marko Dijaković. Sfaulował wychodzącego sam na sam zawodnika rzeszowian osłabiając swój zespół już w pierwszej połowie. Pech chciał, że to właśnie Halimiego poświęcił Ante Simundza wprowadzając na plac boju Mariusza Malca. Raczej nie pomogło to drużynie w zdobyciu trzech punktów, co przełożyło się na zaskakująco słaby początek w niezbyt wymagającym kalendarzu.










