Trudno napisać w unikatowych słowach to, co wszyscy widzieli gołym okiem, a co inni próbowali przelać na papier tysiącem górnolotnych porównań. Czasami na naszych oczach dzieją się wiekopomne wydarzenia, których skali ważności w pierwszej chwili nie dostrzegamy bądź deprecjonujemy je, dopiero po jakimś czasie zdając sobie z sprawę z ich rangi. Wczorajszy wieczór był jednak inny, absolutnie niepowtarzalny.
Z każdą kolejną minutą miało się wrażenie, iż uczestniczymy w spektaklu magicznym. Oto w jednym momencie wszystkie legendy i duchy przeszłości uleciały nagle w próżnię – nie ma już Jana Urbana aplikującego Realowi trzy bramki, nie ma Zbigniewa Bońka zakrzywiającego piłkarską rzeczywistość swoimi popisami po zachodzie słońca. W jeden kwietniowy wieczór Robert Lewandowski stał się nieśmiertelny, a my znów byliśmy małymi dziećmi gapiącymi się w telewizory z otwartą buzią. Tego wieczoru futbol znów stał się szczery.
Twitter wariował, wszystkie portale piłkarskie także. Oto nagle gwiazdy z całego świata zobaczyły to, co my wiedzieliśmy od dawna. Piłkarz biegający w żółto-czarnym trykocie z numerem 9 postawił stempel jakości na futbolowej mapie świata. Lewandowski przekroczył wszelkie granice – te geograficzne i te dotyczące przede wszystkim zasieków w mentalności ludzkiej – już nie jest wyłącznie tylko naszą gwiazdą, Bundesligi i może trochę Ligi Mistrzów. „Lewy” stał się w ciągu 90 minut członkiem swoistej rodziny futbolowych Corleone – do której należą i Ronaldo, i Messi.
Te cztery gole wbite „Królewskim” są niczym szacunek i pocałunek w policzek od ojca chrzestnego mafijnej rodziny – świat powitał Roberta Lewandowskiego w najpotężniejszej piłkarskiej familii na świecie. Tej z napisem „najlepsi”, do której należą właśnie CR7, Messi, Bale, Falcao, van Persie. U nas temat transferu Roberta to leitmotiv uniwersalny, eksploatowany do granic możliwości, ale na świecie nie mówi się o tym aż tak często. Teraz jednak zacznie się prawdziwa Lewandomania.
Ile może teraz kosztować Lewandowski? Jeden z zachodnich portali zadał po meczu takie właśnie pytanie i jeden z angielskich internautów całkiem przytomnie napisał: „Jeśli Andy Carroll kosztował 35 baniek, to Lewandowski jest wart jakieś 490”. Trudno się z tym nie zgodzić – Polak wszedł na nowy poziom i to jest jego pięć minut, które – miejmy nadzieję – zamieni się w długie lata dalszej świetnej gry. Hiszpański agent Juppa Heynckesa puścił farbę, jakoby Bayern podpisał nie tylko Goetzego, ale i „Lewego”.
Śledź Bloody Football! na Facebooku
Nie brałbym tego na serio, „Bawarczycy” znani są bowiem z tego, że swoje interesy załatwiają z klasą i po cichu. Jeśli kupią Roberta, to po swojemu i dowiemy się tego dopiero z oficjalnego komunikatu wysłanego do prasy. Tak było z Pepem Guardiolą, tak było z Mario Goetzem. Można za to przyjąć zgoła inne kryteria dotyczącego tego, kto chce Lewandowskiego. Odwróćmy proporcje i spytajmy raczej tak: któż go teraz nie chce? Pytanie retoryczne, a odpowiedź oczywista: od wczoraj Lewandowski jest bardziej pożądany niż Megan Fox. Jednak nie każdy będzie mógł sobie na Polaka pozwolić.









