Mecz na Camp Nou zapowiadał się jako thriller w wydaniu hiszpańsko-francuskim, jednak coś takiego nie miało miejsca. Barcelona stłamsiła Lyon już od pierwszej minuty i zdemolowała w końcowym kwadransie. Wiedzieliśmy, że „Barca” jest faworytem, ale nie sądziliśmy, że rozmiary zwycięstwa będą tak ogromne. Kluczowa w tym zasługa Messiego, który rozegrał spotkanie na kosmicznym poziomie, notując dwie bramki i dwie asysty.
Katalończycy musieli bronić honoru klubów z Hiszpanii po tym, jak reszta ekip poniosła swoje porażki. Obaw przed wczorajszym meczem było sporo, Lyon potrafił bowiem nieraz powstrzymywać lepszych od siebie, a obecna Liga Mistrzów zdążyła już dostarczyć niespodziewanych wydarzeń. Na szczęście dla kibiców Barcelony ich ulubieńcy zagrali tego wieczoru wręcz perfekcyjnie, mimo że bramka „Les Olympiens” stworzyła atmosferę pod napięciem. Ernesto Valverde mógł poczuć strach, ale tylko przez chwilę.
Król Arthur i pełna dominacja
Gdy spojrzymy na genezę zwycięstwa Barcelony, odnotujemy, że niebagatelny wpływ na przebieg pojedynku miał Brazylijczyk. Od pierwszej do swojej ostatniej minuty na murawie były piłkarz Gremio kontrolował przestrzeń, dyktował tempo gry oraz zagrywał wiele prostopadłych piłek. A gdy ten zawodnik odpowiada za bycie mózgiem zespołu – Barcelona właściwie nie może zostać skrzywdzona, co widoczne było wczoraj. Arthur zanotował swój najlepszy występ w barwach „Blaugrany” pod względem celności podań (aż 99%!).
Barcelona funkcjonuje bez zarzutu wtedy, kiedy ośrodek nerwowy zespołu tworzą Rakitić, Busquets i oczywiście Arthur. Każda z tych postaci oferuje nieco inną paletę umiejętności, które w połączeniu tworzą jedno z najlepszych zestawień linii pomocy na świecie. A mecz z Lyonem doskonale tę zależność pokazał. Taki „pakiet” gwarantował spokój, waleczność, dokładność, mobilność i tempo rozegrania na bardzo wysokim pułapie. Niemała w tym rola Rakiticia, który swoją pracą na boisku oswabadzał kreatywniejszych kolegów.
Koncert Messiego i ofensywa na medal
Barcelona tak naprawdę nie miała wczoraj słabych punktów. Defensywa (na czele z Lengletem) stworzyła trudne do przejścia zasieki obronne, a formacja pomocników z dużym spokojem kontrolowała przebieg spotkania. Obraz perfekcji dopełniły sylwetki graczy atakujących, z których szczególnie jedna zasłużyła na ogromne brawa. Jest nią oczywiście Lionel Messi, który zapewne po obejrzeniu występu Ronaldo chciał zagrać swój koncert. I zagrał. Tutaj nic odkrywczego nie napiszę – kosmita zszedł na ziemię.









