Może i Arka Gdynia nigdy nie była potentatem polskiej piłki, ale jej kibice od dłuższego czasu wymagali jednego – gry w ekstraklasie. Każde niepowodzenie w 1. lidze wiąże się zatem ze sporą frustracją. Tegoroczna dezaprobata jest jeszcze większa, ponieważ w pierwszych dwóch kolejkach podopieczni Dariusza Marca zanotowali remis oraz porażkę.
Klubowi chcącemu zapewnić sobie grę na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce takie rezultaty po prostu nie przystają. Nie w takich okolicznościach i nie z takimi przeciwnikami. Te pierwsze mecze były dla gdynian niczym siarczysty policzek, który przestanie piec dopiero w momencie osiągnięcia ewentualnego awansu.
Arka i fatalny ciąg przyczynowo-skutkowy
To określenie idealnie opisuje pierwsze dwa spotkania w wykonaniu „Żółto-niebieskich”. O ile jeszcze po starciu z Zagłębiem Sosnowiec mogliśmy nazwać końcowy wynik brakiem szczęścia, o tyle konfrontację z Chrobrym Głogów trzeba określić mianem ogromnej nieporadności ze strony „Śledzi”.
Arka popełniała głupie błędy w defensywie, czego dowodem są obydwie bramki zdobyte przez „Pomarańczowych”. Pierwsze trafienie dla głogowian sprokurowane zostało przez beznadziejne przejście z fazy ataku do obrony bramki. Kontratak graczy Ivana Djurdjevicia musiał zakończyć się golem. Nikt z arkowców nie potrafił nawet nadążyć za akcją, aby dogonić futbolówkę. Nic dziwnego więc, że Dominik Pila znalazł idealną lukę między defensorami i znalazł wybiegającego na wolne pole Mateusza Bochnaka.
Druga bramka to sprokurowany rzut karny przez 17-letniego Kacpra Skórę. Wahadłowy popełnił szkolny błąd, faulując w polu karnym piłkarza gości. Rzut karny z zimną krwią wykorzystał kapitan gospodarzy Oliver Praznovsky. Arka już w 40. minucie przegrywała 0:2, co wskazywało na większą mobilizację w drugiej połowie.












