Angielska herbata: Bohater drugiego planu


Callum Wilson jednym z obrońców tożsamości Premier League

27 listopada 2018 Angielska herbata: Bohater drugiego planu

Angielska ekstraklasa jest pełna gwiazd światowego futbolu. Co tydzień niesamowitymi zagraniami kibiców zabawiają David Silva, Christian Eriksen czy Eden Hazard. Media rozpływają się nad umiejętnościami czołowych graczy ligi, wynosząc gwiazdy Premier League na absolutny piedestał. W tym szaleństwie wszyscy zapominają o zawodnikach drugiego planu. Bohaterach stojących nieco z boku, bez których angielska ekstraklasa utraciłaby jednak swoją tożsamość. Jednym z nich jest Callum Wilson.


Udostępnij na Udostępnij na

Przez lata o sile angielskiej ekstraklasy stanowili rodzimi gracze oraz zawodnicy pochodzący głównie z Walii, Szkocji oraz Irlandii. Transferowa rewolucja i napływ obcokrajowców zmienił Premier League nie do poznania. Gracze walczący do ostatniej kropli krwi jak Joey Barton czy Lee Bowyer zostali wyparci przez piłkarzy o nietuzinkowych umiejętnościach technicznych. Diametralna zmiana wizji budowania zespołów była oczywiście związana z ewolucją światowego futbolu. Starobrytyjski styl gry oparty na dośrodkowaniach i wybijaniu piłki w kierunku napastników odchodził do lamusa. Autobusy pełne graczy rodem z Francji, Hiszpanii czy Ameryki Południowej coraz częściej kierowały się w stronę siedzib klubów Premier League. Olbrzymie korzyści z nowych trendów odniosła cała liga. Gracze pokroju Thierry’ego Henry’ego, Xabiego Alonso czy Cristiano Ronaldo wynieśli rozgrywki na zupełnie nowy poziom. Poziom, za którego transmitowanie stacje telewizyjne musiały płacić krocie i płaciły chętnie.

Kolejne rekordowe kontrakty sprawiły, że kluby z Premier League pod względem finansowym odjechały na kilka długości konkurentom z kontynentu. Dzięki temu nawet zespół z dołu tabeli stać obecnie na gracza z bardzo wysokiej, jeżeli nie najwyższej półki. Atrakcyjność angielskiej ekstraklasy jest niepodważalna. Wszystko jednak ma swoją cenę.

Czym ty jesteś?

Tożsamość Premier League zaczęła zanikać. Zamiast walki bark w bark czy widoków ran zawodników zszywanych przez medyków co tydzień kibice oglądają próby symulacji. Przykładowo Luis Suarez oprócz magicznych zagrań i cudownych goli dokładał od siebie nadmierne reakcje po faulach rywali. Krzyki, turlanie po murawie i grymasy twarzy były nieodzownym elementem gry Urugwajczyka. Zachowanie zawodnika irytowała nie tylko rywali. Zażenowani byli nawet kibice Liverpoolu, w którego barwach występował kilka lat temu Luis Suarez. Podobnie do Urugwajczyka zachowuje się co tydzień niemałe grono zawodników angielskiej ekstraklasy. Patologii było i jest zresztą więcej.

Jednak światełko tożsamości, choć liche, to nadal się tli. Co prawda w zdecydowanej mniejszości, ale nadal w Premier League są gracze wykuci według angielskiej receptury. Wkładają głowę tam, gdzie gracze z Półwyspu Iberyjskiego czy Ameryki Południowej nie wsadziliby nogi. Emanujący zaangażowaniem i tworzący ostatni bastion obrony upadającej tożsamości angielskiej ligi. Bohaterzy drugiego planu, którzy o wiele rzadziej są dostrzegani przez media. Jednym z nich jest zawodnik AFC Bournemouth Callum Wilson.

Napastnik reprezentuje swoją grą to, co w obecnej Premier League zanika. Nieustępliwość, wolę walki i zaangażowanie w każdym spotkaniu. Oglądając grę Anglika, nie uświadczy się przejścia obok meczu (patrz Alexis Sanchez) czy nadmiernych reakcji w stylu Luisa Suareza. Callum Wilson nie posiada oczywiście umiejętności żadnego z wymienionych w tym akapicie zawodników. Nadrabia jednak cechami obcymi dla Alexisa Sancheza i Luisa Suareza. Dzięki temu rozgrywa obecnie najlepszy sezon w karierze. Strzelona bramka w niedawnym debiucie w reprezentacji Anglii zwieńczyła wysiłek i nagrodziła postawę Calluma Wilsona.

Angielscy Anglicy

Postawa napastnika nie mogła być inna. Zespół „Wisienek” w swojej kadrze ma aż (dawniej byłoby to tylko) szesnastu graczy angielskiego pochodzenia. Gdybyśmy policzyli wszystkich z Wysp Brytyjskich, suma byłaby jeszcze większa. Do tego angielski (a jednak kompetentny) menedżer Eddie Howe. To sprawia, że w AFC Bournemouth nie wykazać maksymalnego zaangażowania jest grzechem. W ten sposób otoczenie wpłynęło na boiskowe zachowanie Calluma Wilson. I w drugą stronę – napastnik wpłynął na resztę zawodników.

Dyspozycja „Wisienek” w obecnym sezonie pokazuje, że bazując na rodzimych graczach, również można walczyć o wysokie cele. Zespół Eddiego Howe’a realnie rywalizuje o szóstą lokatę w tabeli. Zaangażowanie i wola walki jak na razie sprawiają, że idzie bark w bark z gwiazdami z Old Trafford ośmieszającymi Manchester United.

Wszystko trzeba jednak wypośrodkować. Napływ zagranicznych gwiazd (zawodników i trenerów) niesamowicie rozwija Premier League zarówno pod względem sportowym, jak i marketingowym. Gra wciąż ewoluuje, a angielska ekstraklasa nierzadko wytycza nowe standardy w futbolu. Rodzimi gracze zapewniają za to walkę do ostatniego gwizdka (tak ubóstwianą przez kibiców). Ponadto także resztę cech, których raczej nie ujrzymy przykładowo u Brazylijczyków (chyba że przez lata przesiąkną angielską piłką). Ważne, by zachować proporcje. Wtedy Premier League będzie jeszcze bardziej emocjonująca i ciekawsza.

Mniej istotne, ale też ciekawe:

  • W spotkaniu na szczycie, a zarazem derbach Londynu, lepszy okazał się Tottenham Hotspur. Chelsea poniosła tym samym pierwszą porażkę w lidze. Warto dodać – w pełni zasłużoną. „Koguty” mimo braku letnich wzmocnień w Premier League radzą sobie nadspodziewanie dobrze. Co prawda Harry Kane w bieżącym sezonie jakby widział trzy bramki, ale czasem trafia do tej właściwej (zazwyczaj to ta środkowa). Przed Tottenhamem Hotspur jednak miesiąc prawdy. Wąska kadra nieskalana letnimi wzmocnieniami może nie wystarczyć, by cało przejść przez zimowy maraton. Początek biegu, tj. zwycięstwo nad Chelsea, można jednak uznać za dobry prognostyk.

  • Nowa miotła zgodnie z przewidywaniami pozamiatała na Craven Cottage. Menedżer Claudio Ranieri w debiucie poprowadził Fulham do bardzo ważnego zwycięstwa nad Southamptonem. Na razie zespół „Wiesniaków” znajduje się jeszcze na dnie tabeli. Strata punktowa jest jednak minimalna. Kolejna wygrana może sprawić, że na Craven Cottage otworzą okna, a mdły zapach strachu przed degradacją choć na chwilę wywietrzeje.
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze