Do kadry przychodził jako „Zawałka”. Zaufanie społeczne miał godne Ewy Kopacz u kresu jej kariery jako premiera, a i sam pomysł na rodzimego selekcjonera nie został przyjęty z aprobatą. W końcu reprezentację przejmował po Smudzie i Fornaliku, którzy zostawili mu zgliszcza, a nie drużynę. Po trzech latach pracy Adam Nawałka ma szansę stać się największym polskim trenerem od czasów Piechniczka. A może i większym?
Kiedy zaczynał pracę z kadrą, Polska zajmowała 78. miejsce w rankingu FIFA, gdzieś pomiędzy Haiti a Burkina Faso. Losowani byliśmy z czwartego koszyka i cudem trafiliśmy do grupy eliminacyjnej z przeciętną Szkocją i Irlandią. Lewandowski nie strzelał, obrona nie działała i w sumie to marzyliśmy, żeby zdelegalizować kadrę. Okoliczności jego wyboru też nie były klarowne. Miał być ktoś z zagranicy. Marzył nam się Lars Lagerbäck, czy ktoś z Italii, załatwiony dzięki znajomościom prezesa Bońka. A dostaliśmy faceta w muślinowym szalu, którego największym sukcesem było otarcie się z Górnikiem Zabrze o europejskie puchary. Słabo to się zapowiadało.
Jego drogę w eliminacjach pamięta każdy. Najpierw selekcja negatywna, opaska dla Lewandowskiego, przełomowy mecz z Niemcami itd. Adam Nawałka po prostu ogarnął ten, trwający co najmniej pięć lat, burdel. A za kilka godzin selekcjoner zasiądzie na ławce na Stade Velodrome i rozegra mecz, który może wprowadzić go w poczet największych polskich trenerów.
O 90 minut od wyprzedzenia Piechniczka
Być może zwiększenie liczby drużyn na Euro to umniejsza, w końcu nasza droga do 1/4 finału tak trudna nie była, ale znajdujemy się jeden mecz od strefy medalowej. Ostatni raz w takim miejscu byliśmy 34 lata temu, kiedy to kadra Antoniego Piechniczka zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata w Hiszpanii. Sukcesy tamtej reprezentacji obecni kibice znają głównie z archiwalnych materiałów TVP albo opowieści ojców zaczynających się od słów „kiedyś to się grało, nie to co teraz…”. Boniek, Smolarek, Lato, a nad nimi trenerski kat, jakim był Piechniczek. Piękne dzieje, które nabrały już swojej legendy.
W strefie medalowej na największych imprezach udało nam się być jeszcze jeden raz. W 1974 roku za czasów Kazimierza Górskiego. I to właściwie tyle. Do największych trenerów w historii polskiej piłki dorzucić można jeszcze Jacka Gmocha, który w 1978 roku w Argentynie doszedł z reprezentacją do 1/4 finału mistrzostw świata.

Wraz z nimi w jednym rzędzie już teraz może stać Adam Nawałka. Jeśli wygra z Portugalią, można się zastanawiać, co jest cenniejsze, strefa medalowa na Euro czy 3. miejsce na mundialu zdobyte przez kadrę Piechniczka? Niby odpowiedź wydaje się być jasna, ale futbol się zmienił, a i nasza obecna reprezentacja takiego potencjału (jeszcze) nie ma. Jacka Gmocha wyprzedził natomiast już teraz. Ćwierćfinał w 1978 roku został przyjęty za klęskę, głowy selekcjonera żądano od zaraz. Potencjał tamtej kadry był ogromny. Teraz najlepsza ósemka mistrzostw została przyjęta za ogromny sukces i z Portugalią gramy bez jakiejkolwiek presji.











