Nie od dziś każdy kibic piłki nożnej wie, że w Hiszpanii liczą się głównie dwie firmy światowego futbolu – Real Madryt i FC Barcelona. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat obie drużyny wywalczyły łącznie dziewięć mistrzostw kraju. W zeszłym roku coś się jednak zmieniło. Ligę hiszpańską niespodziewanie wygrało Atletico Madryt, przerywając tym samym dominację odwiecznych rywali. Pokazali oni jednocześnie, że można nawiązać równą walkę z wielką dwójką. Czy oznacza to, że pojawił się promyk nadziei dla pozostałych drużyn Primera Division?
Raul Garcia, Atletico Madryt, 2012 (fot. As.com)
Atletico Madryt jest pierwszą drużyną od sezonu 2003/2004, której udało się przerwać dominację Realu i Barcelony. Ostatnią była Valencia. Gdy cofniemy się w czasie do początków rozgrywek Primera Division, zdamy sobie sprawę, że zażarty bój o tytuł najlepszej drużyny w Hiszpanii rozgrywał się pomiędzy większą ilością drużyn. Wystarczy zaznaczyć, że w ciągu pierwszych dziesięciu lat istnienia ligi Real i Barcelona zdobyły mistrzostwo łącznie trzy razy. Kluby takie jak Athletic Bilbao, Betis Sewilla czy wspomniane już Atletico potrafiły skutecznie wykluczyć obecnych hegemonów piłki nożnej z gry o ligową przewagę. Oczywiście czasy były inne, a więc i same rozgrywki znacznie różniły się od ich obecnej formy. Chodzi tu o dziedzictwo hiszpańskiej piłki, które opiera się na więcej niż dwóch drużynach, a czego możemy obecnie nie zaobserwować. W trwającym sezonie nikt nie obstawiłby w ciemno, że takie drużyny, jak: Valencia, Deportivo La Coruna czy Athletic Bilbao mogą zdobyć mistrzostwo kraju, a przecież w ich historii niejednokrotnie udawała im się ta sztuka. Zatem czy rzeczywiście możliwe jest odwrócenie szali na korzyść mniej utytułowanych drużyn hiszpańskiej ligi?
Walka o europejskie puchary
W obecnym sezonie raczej pewne jest, że Barcelona i Real zajmą dwa pierwsze miejsca w lidze. Jeśli jednak spojrzymy na dalsze lokaty, to zauważymy, że trwa zacięta walka o miejsca pozwalające na udział w europejskich rozgrywkach. W grze o Ligę Mistrzów nadal liczą się cztery drużyny – Atletico Madryt, Valencia, Sevilla FC i Villarreal CF. Różnice punktowe między klubami sięgają od dwóch do dziewięciu punktów i wszystko jest jeszcze możliwe. Daje się jednak zauważyć, iż zarysowała się pewna grupa zespołów walczących o najwyższe osiągnięcia w lidze. Dystans dzielący te drużyny od dwóch wiodących potentatów hiszpańskiej ligi wciąż jest spory. Jednak nawiązują one walkę z wyżej notowanymi rywalami. Od sezonu 2012/2013 na podium Primera Division wdrapywały się trzy drużyny – Barcelona, Real i Atletico. Widać więc pewną regularność, która pozwala wierzyć, że liga hiszpańska to więcej niż tylko dwa kluby.
Diego Simeone, Atletico Madryt (fot. Article.wn.com)
Gdy pod koniec 2011 roku Diego Simeone obejmował stanowisko trenera Atletico Madryt, nikt nie spodziewał się, że zapoczątkuje on czas największych sukcesów w historii klubu. Drużyna Argentyńczyka zdobyła mistrzostwo Hiszpanii, triumfowała w rozgrywkach Copa del Rey, zdobyła Superpuchar Hiszpanii, wygrała Ligę Europy oraz Superpuchar Europy, no i oczywiście grała w finale Ligi Mistrzów. Simeone powoli budował zespół, jednocześnie mając pełne wsparcie właścicieli klubu, a także solidne zaplecze finansowe. Nie są to warunki na poziomie Realu czy Barcelony, ale udało się wnieść klub na taki pułap – zarówno pod względem infrastruktury, szkolenia, jak i transferów, który pozwolił zdobyć w sezonie 2013/2014 mistrzostwo Hiszpanii. Atletico Madryt dało dobry przykład pozostałym klubom Primera Division, jak budować zespół niekoniecznie w oparciu o same pieniądze i znane nazwiska. I w trwającym teraz sezonie można zauważyć drużyny, które postanowiły pójść śladami mistrza Hiszpanii.
Kto następny w kolejce?
Obecnie trzecie miejsce w La Liga zajmuje Valencia. Utytułowany klub, który odnosił sukcesy zarówno na krajowym, jak i na europejskim podwórku. W zeszłym roku, po niezadowoleniu z usług Juana Antonio Pizziego, klub postawił na Nuno Espirito Santo, początkującego portugalskiego trenera, byłego gracza takich zespołów jak Deportivo La Coruna czy FC Porto. Tego samego roku, nieco wcześniej, bo w maju, właścicielem klubu został singapurski przedsiębiorca, Peter Lim, który ma przywrócić świetność drużynie z Mestalla. W letnim oknie transferowym klub zdecydował się na przebudowę formacji obronnej, sprowadzając m.in. Nicolasa Otamendiego i Shkodrana Mustafiego. Drużyna przeszła przemianę, zaczęła grać szybciej i intensywniej, a wyniki napawają optymizmem. Najlepszym rezultatem owej przebudowy zespołu może być fakt, iż Valencia ma obecnie drugą najlepszą obronę w Primera Division z 22 straconymi bramkami. Lepsza jest tylko Barcelona. Zwycięstwo w styczniu z Realem Madryt, niedawna seria czterech zwycięstw z rzędu, a także remis z mistrzem Hiszpanii pokazały, że z Valencią w obecnym sezonie trzeba się liczyć. Warto też zaznaczyć, że wraz z przyjściem do klubu nowego właściciela i zwiększeniem kapitału klub nie był rozrzutny i dokonywał przemyślanych inwestycji. Co prawda sezon jeszcze trwa, ale śmiało można stwierdzić, że „Nietoperze” będą walczyły o Ligę Mistrzów.
Czy takie obrazki wkrótce pójdą w niepamięć? (fot. Własne)
Sevilla FC to kolejny klub z wielką historią i sukcesami, który na dzień dzisiejszy pod wodzą Unaia Emery’ego odbudowuje swoją markę w Hiszpanii i Europie. Nieprzypadkowo klub z Andaluzji zajął w zeszłym sezonie piąte miejsce w lidze i na czele z Ivanem Rakiticiem sięgnął po trofeum Ligi Europy. U hiszpańskiego trenera widać wizję futbolu, która w Sevilli w końcu może być urzeczywistniona. Szkoleniowiec w ostatnich latach tułał się po klubach i w żadnym z nich nie dostawał szansy na przełożenie swojej myśli trenerskiej na wyniki. Gdy w końcu trafił do Andaluzji, otrzymał poparcie klubu i rozpoczął budowę nowego piłkarskiego projektu, który sukcesami ma dorównać dokonaniom z lat 2005-2007, kiedy to Sevilla dwukrotnie zdobywała Puchar UEFA, a raz Superpuchar UEFA. Choć obecnie drużyna ma duże wahania formy i gra w kratkę, wciąż liczy się w walce o europejskie puchary. Silnym punktem zespołu nadal pozostaje tworzenie gwiazd światowego futbolu. To właśnie w Sevilli na swoje imię zapracowali tacy piłkarze, jak: Dani Alves, Adriano, Seydou Keita, Ivan Rakitić czy Jesus Navas, którzy stanowili o sile zespołu. Obecnie takimi piłkarzami są chociażby Grzegorz Krychowiak, Carlos Bacca czy Denis Suarez. Pozostaje tylko czekać, jak zostanie wykorzystany ten potencjał.
W bieżącym sezonie pazury pokazuje Villarreal. Choć w lidze zajmuje dopiero szóste miejsce, to przecież niedawno walczył z Barceloną o finał Pucharu Króla i odebrał cenne punkty Realowi Madryt w zremisowanym spotkaniu. Być może klub nie jest jeszcze na poziomie Valencii, Atletico czy Sevilli, ale sposób gry, wybijający się zawodnicy i dobre rezultaty pokazują, że jest to kolejna drużyna posiadająca potencjał do walki o najwyższe trofea w Hiszpanii. Villarreal nie jest co prawda tak utytułowanym zespołem jak wymienione przeze mnie wcześniej, ale tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jest to drużyna głodna sukcesów i zwycięstw. Prezesem klubu od 1997 r. pozostaje Fernando Roig Alfonso, a szkoleniowcem „Żółtej Łodzi Podwodnej” od 2013 r. jest Marcelino Garcia Toral. Jest to kolejny trener zaprawiony w bojach na hiszpańskich boiskach. W ciągu ostatnich 10 lat prowadził on pięć zespołów, ale wygląda na to, że na stałe zadomowił się w Villarrealu. Klub nie odnosi na razie spektakularnych sukcesów, ale styl gry na pewno może się podobać. Zespół nie ma również wielkiego zaplecza finansowego, a jego dokonania w dużej mierze opierają się na młodych, utalentowanych zawodnikach. Nie bez powodu w ostatnich tygodniach tak wiele słyszy się choćby o Luciano Vietto, łącząc go z największymi europejskimi klubami.
Nadzieja na lepszy czas
Jak więc widać, hiszpańska liga staje się coraz bardziej wyrównana. Kolejne kluby zostają przebudowywane, pojawiają się nowi inwestorzy, a poziom Primera Division dawno nie był wyższy. Bo największą przyjemnością w piłce nożnej jest jej nieprzewidywalność, kiedy drużyna z nizin piłkarskich pokonuje giganta futbolu lub gdy beniaminek kwalifikuje się do gry w europejskich pucharach. Wydaje się, że dominację Realu i Barcelony utrzymują głównie pieniądze. Ale obecny sezon pokazuje, że do głosu dochodzą te ważniejsze czynniki – sportowe. Jest życie po Realu Madryt i Barcelonie. Są chociażby Atletico Madryt czy Valencia, a także wiele innych zespołów, których nie zdołałem tu umieścić. Warto więc wyjrzeć nawet kątem oka poza tę czołówkę, bo czasem może ona nam przesłonić szerszy obraz gry.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Nie od dziś każdy kibic piłki nożnej wie, że w Hiszpanii liczą się głównie dwie firmy światowego futbolu – Real Madryt i FC Barcelona. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat obie drużyny wywalczyły łącznie dziewięć mistrzostw kraju. W zeszłym roku coś się jednak zmieniło. Ligę hiszpańską niespodziewanie wygrało Atletico Madryt, przerywając tym samym dominację odwiecznych rywali. Pokazali oni jednocześnie, że można nawiązać równą walkę z wielką dwójką. Czy oznacza to, że pojawił się promyk nadziei dla pozostałych drużyn Primera Division?
Raul Garcia, Atletico Madryt, 2012 (fot. As.com)
Atletico Madryt jest pierwszą drużyną od sezonu 2003/2004, której udało się przerwać dominację Realu i Barcelony. Ostatnią była Valencia. Gdy cofniemy się w czasie do początków rozgrywek Primera Division, zdamy sobie sprawę, że zażarty bój o tytuł najlepszej drużyny w Hiszpanii rozgrywał się pomiędzy większą ilością drużyn. Wystarczy zaznaczyć, że w ciągu pierwszych dziesięciu lat istnienia ligi Real i Barcelona zdobyły mistrzostwo łącznie trzy razy. Kluby takie jak Athletic Bilbao, Betis Sewilla czy wspomniane już Atletico potrafiły skutecznie wykluczyć obecnych hegemonów piłki nożnej z gry o ligową przewagę. Oczywiście czasy były inne, a więc i same rozgrywki znacznie różniły się od ich obecnej formy. Chodzi tu o dziedzictwo hiszpańskiej piłki, które opiera się na więcej niż dwóch drużynach, a czego możemy obecnie nie zaobserwować. W trwającym sezonie nikt nie obstawiłby w ciemno, że takie drużyny, jak: Valencia, Deportivo La Coruna czy Athletic Bilbao mogą zdobyć mistrzostwo kraju, a przecież w ich historii niejednokrotnie udawała im się ta sztuka. Zatem czy rzeczywiście możliwe jest odwrócenie szali na korzyść mniej utytułowanych drużyn hiszpańskiej ligi?
Walka o europejskie puchary
W obecnym sezonie raczej pewne jest, że Barcelona i Real zajmą dwa pierwsze miejsca w lidze. Jeśli jednak spojrzymy na dalsze lokaty, to zauważymy, że trwa zacięta walka o miejsca pozwalające na udział w europejskich rozgrywkach. W grze o Ligę Mistrzów nadal liczą się cztery drużyny – Atletico Madryt, Valencia, Sevilla FC i Villarreal CF. Różnice punktowe między klubami sięgają od dwóch do dziewięciu punktów i wszystko jest jeszcze możliwe. Daje się jednak zauważyć, iż zarysowała się pewna grupa zespołów walczących o najwyższe osiągnięcia w lidze. Dystans dzielący te drużyny od dwóch wiodących potentatów hiszpańskiej ligi wciąż jest spory. Jednak nawiązują one walkę z wyżej notowanymi rywalami. Od sezonu 2012/2013 na podium Primera Division wdrapywały się trzy drużyny – Barcelona, Real i Atletico. Widać więc pewną regularność, która pozwala wierzyć, że liga hiszpańska to więcej niż tylko dwa kluby.
Atletico Madryt, czyli jak zostać mistrzem
Diego Simeone, Atletico Madryt (fot. Article.wn.com)
Gdy pod koniec 2011 roku Diego Simeone obejmował stanowisko trenera Atletico Madryt, nikt nie spodziewał się, że zapoczątkuje on czas największych sukcesów w historii klubu. Drużyna Argentyńczyka zdobyła mistrzostwo Hiszpanii, triumfowała w rozgrywkach Copa del Rey, zdobyła Superpuchar Hiszpanii, wygrała Ligę Europy oraz Superpuchar Europy, no i oczywiście grała w finale Ligi Mistrzów. Simeone powoli budował zespół, jednocześnie mając pełne wsparcie właścicieli klubu, a także solidne zaplecze finansowe. Nie są to warunki na poziomie Realu czy Barcelony, ale udało się wnieść klub na taki pułap – zarówno pod względem infrastruktury, szkolenia, jak i transferów, który pozwolił zdobyć w sezonie 2013/2014 mistrzostwo Hiszpanii. Atletico Madryt dało dobry przykład pozostałym klubom Primera Division, jak budować zespół niekoniecznie w oparciu o same pieniądze i znane nazwiska. I w trwającym teraz sezonie można zauważyć drużyny, które postanowiły pójść śladami mistrza Hiszpanii.
Kto następny w kolejce?
Obecnie trzecie miejsce w La Liga zajmuje Valencia. Utytułowany klub, który odnosił sukcesy zarówno na krajowym, jak i na europejskim podwórku. W zeszłym roku, po niezadowoleniu z usług Juana Antonio Pizziego, klub postawił na Nuno Espirito Santo, początkującego portugalskiego trenera, byłego gracza takich zespołów jak Deportivo La Coruna czy FC Porto. Tego samego roku, nieco wcześniej, bo w maju, właścicielem klubu został singapurski przedsiębiorca, Peter Lim, który ma przywrócić świetność drużynie z Mestalla. W letnim oknie transferowym klub zdecydował się na przebudowę formacji obronnej, sprowadzając m.in. Nicolasa Otamendiego i Shkodrana Mustafiego. Drużyna przeszła przemianę, zaczęła grać szybciej i intensywniej, a wyniki napawają optymizmem. Najlepszym rezultatem owej przebudowy zespołu może być fakt, iż Valencia ma obecnie drugą najlepszą obronę w Primera Division z 22 straconymi bramkami. Lepsza jest tylko Barcelona. Zwycięstwo w styczniu z Realem Madryt, niedawna seria czterech zwycięstw z rzędu, a także remis z mistrzem Hiszpanii pokazały, że z Valencią w obecnym sezonie trzeba się liczyć. Warto też zaznaczyć, że wraz z przyjściem do klubu nowego właściciela i zwiększeniem kapitału klub nie był rozrzutny i dokonywał przemyślanych inwestycji. Co prawda sezon jeszcze trwa, ale śmiało można stwierdzić, że „Nietoperze” będą walczyły o Ligę Mistrzów.
Czy takie obrazki wkrótce pójdą w niepamięć? (fot. Własne)
Sevilla FC to kolejny klub z wielką historią i sukcesami, który na dzień dzisiejszy pod wodzą Unaia Emery’ego odbudowuje swoją markę w Hiszpanii i Europie. Nieprzypadkowo klub z Andaluzji zajął w zeszłym sezonie piąte miejsce w lidze i na czele z Ivanem Rakiticiem sięgnął po trofeum Ligi Europy. U hiszpańskiego trenera widać wizję futbolu, która w Sevilli w końcu może być urzeczywistniona. Szkoleniowiec w ostatnich latach tułał się po klubach i w żadnym z nich nie dostawał szansy na przełożenie swojej myśli trenerskiej na wyniki. Gdy w końcu trafił do Andaluzji, otrzymał poparcie klubu i rozpoczął budowę nowego piłkarskiego projektu, który sukcesami ma dorównać dokonaniom z lat 2005-2007, kiedy to Sevilla dwukrotnie zdobywała Puchar UEFA, a raz Superpuchar UEFA. Choć obecnie drużyna ma duże wahania formy i gra w kratkę, wciąż liczy się w walce o europejskie puchary. Silnym punktem zespołu nadal pozostaje tworzenie gwiazd światowego futbolu. To właśnie w Sevilli na swoje imię zapracowali tacy piłkarze, jak: Dani Alves, Adriano, Seydou Keita, Ivan Rakitić czy Jesus Navas, którzy stanowili o sile zespołu. Obecnie takimi piłkarzami są chociażby Grzegorz Krychowiak, Carlos Bacca czy Denis Suarez. Pozostaje tylko czekać, jak zostanie wykorzystany ten potencjał.
W bieżącym sezonie pazury pokazuje Villarreal. Choć w lidze zajmuje dopiero szóste miejsce, to przecież niedawno walczył z Barceloną o finał Pucharu Króla i odebrał cenne punkty Realowi Madryt w zremisowanym spotkaniu. Być może klub nie jest jeszcze na poziomie Valencii, Atletico czy Sevilli, ale sposób gry, wybijający się zawodnicy i dobre rezultaty pokazują, że jest to kolejna drużyna posiadająca potencjał do walki o najwyższe trofea w Hiszpanii. Villarreal nie jest co prawda tak utytułowanym zespołem jak wymienione przeze mnie wcześniej, ale tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jest to drużyna głodna sukcesów i zwycięstw. Prezesem klubu od 1997 r. pozostaje Fernando Roig Alfonso, a szkoleniowcem „Żółtej Łodzi Podwodnej” od 2013 r. jest Marcelino Garcia Toral. Jest to kolejny trener zaprawiony w bojach na hiszpańskich boiskach. W ciągu ostatnich 10 lat prowadził on pięć zespołów, ale wygląda na to, że na stałe zadomowił się w Villarrealu. Klub nie odnosi na razie spektakularnych sukcesów, ale styl gry na pewno może się podobać. Zespół nie ma również wielkiego zaplecza finansowego, a jego dokonania w dużej mierze opierają się na młodych, utalentowanych zawodnikach. Nie bez powodu w ostatnich tygodniach tak wiele słyszy się choćby o Luciano Vietto, łącząc go z największymi europejskimi klubami.
Nadzieja na lepszy czas
Jak więc widać, hiszpańska liga staje się coraz bardziej wyrównana. Kolejne kluby zostają przebudowywane, pojawiają się nowi inwestorzy, a poziom Primera Division dawno nie był wyższy. Bo największą przyjemnością w piłce nożnej jest jej nieprzewidywalność, kiedy drużyna z nizin piłkarskich pokonuje giganta futbolu lub gdy beniaminek kwalifikuje się do gry w europejskich pucharach. Wydaje się, że dominację Realu i Barcelony utrzymują głównie pieniądze. Ale obecny sezon pokazuje, że do głosu dochodzą te ważniejsze czynniki – sportowe. Jest życie po Realu Madryt i Barcelonie. Są chociażby Atletico Madryt czy Valencia, a także wiele innych zespołów, których nie zdołałem tu umieścić. Warto więc wyjrzeć nawet kątem oka poza tę czołówkę, bo czasem może ona nam przesłonić szerszy obraz gry.