W meczach grup G i H Ligi Europy bez wielkich sensacji. Metalist łatwo poradził sobie z Malmoe, Austria Wiedeń wyrwała jeden punkt AZ Almaar, Braga rozbiła w pył Maribor, a Birmingham tylko zremisowało z Club Brugge.
Grupa G
Metalist Charków – Malmoe FF
W meczu nieco niespodziewanego lidera grupy G z drużyną zamykającą tabelę faworyt był tylko jeden. Ukraińcy z Charkowa jeszcze w tej edycji Ligi Europy nie przegrali, Szwedzi z Malmoe w pierwszych trzech kolejkach nie uciułali chociażby jednego punktu, dając sobie wbić aż 10 bramek.
Przymierzany do polskiej reprezentacji Pękalski w meczu w z Metalistem praktycznie nie istniał (fot. hd.se)
Pierwsze minuty rozgrywanego na Ukrainie spotkania wypełnione były głównie faulami, które, wszystko na to wskazywało, były pomysłem przyjezdnych na zatrzymanie przebojowych atakujących Metalista. Zasada była prosta: jeden z gospodarzy ma piłkę – zostaje sfaulowany. Pięć minut, pięć fauli. Gdy chaos towarzyszący pierwszym chwilom meczu zniknął, okazało się, że przewagę mają Szwedzi. Dobrze dokumentuje ją fakt, że zaledwie 180 sekund potrzebowali na wywalczenie i wykonanie, marne niestety, aż czterech rzutów rożnych. W 18. minucie na bramkę Dahlina strzelał Taison, jednak jego uderzenie nie sprawiło wielkich trudności golkiperowi przyjezdnych. W odpowiedzi po dośrodkowaniu z rzutu wolnego wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie próbował Halsti.
Ciągle niezwykle aktywny był Wilton Figueiredo. Brazylijczyk nie tylko bił wszystkie stałe fragmenty, ale też stwarzał zagrożenie w zwykłych akcjach. Czas upływał, a żadna ze stron nie była w stanie zamienić dogodnych sytuacji bramkowych na prowadzenie. Na chwilę przed końcem pierwszej połowy sędzia Matej Jug pokazał pierwszą w pojedynku żółtą kartkę. Za zdecydowanie zbyt brutalny faul obejrzał ją Ricardinho. W 46. minucie na bramkę Vladimira Disljenkovicia strzelał Hamad. Strzelał niecelnie.
Druga połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia gospodarzy. Już chwilę po gwizdku sędziego oznajmiającym rozpoczęcie gry Metalist wyszedł na prowadzenie za sprawą Taisona. Niespodziewana zmiana wyniku zszokowała nie tylko gości, ale chyba też miejscowych, którzy potrzebowali kilkunastu minut, by otrząsnąć się z szoku i znów groźnie zaatakować. Przyjezdni ze Szwecji ponownie zaczęli z pasją faulować, nie dając Ukraińcom miejsca na rozegranie piłki i uspokojenie gry. Trochę paradoksalnie, jeden z takich fauli skończył się dla Malmoe nieszczęśliwie. Rzut wolny przed polem karnym bramki strzeżonej przez Dahlina wykonywał Taison. Kopnął, trafił. 2:0.
Gospodarze dostali bilet do raju, goście zeszli do piekła, z którego nagle, w 66. minucie, wrócili za sprawą kontaktowego gola Mathiasa Ranegie. Rikard Norling zwęszył szansę na zdobycz punktową i szybko dokonał dwóch zmian. Zdjął Pękalskiego i Larssona, wstawił Aubynna i Mehmetiego, licząc, że świeża krew pozwoli jego chłopcom wyrównać wynik meczu. Minuty mijały, a oni ciągle nie byli w stanie na poważnie zagrozić bramce gospodarzy. Jakby tego było mało, w ostatniej minucie spotkania, po ładnej asyście najlepszego dziś na boisku Taisona, bramkę na 3:1 zdobył Fininho.
Przed startem rozgrywek wydawało się, że mecze pomiędzy Austrią a AZ wyłonią zwycięzcę grupy G. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła inna – na półmetku fazy grupowej obie drużyny miały na swoim koncie zaledwie po jednym zwycięstwie.
Rasmus Elm strzelił pierwszego gola dla AZ (fot. az.nl)
Starcie rozpoczęło się niemrawo, na pierwszą dobrą okazję widzowie zgromadzeni na wiedeńskim stadionie musieli czekać prawie 10 minut. Gdy już się doczekali, okazało się, że nie było na co czekać, bo strzał Holmana był bardzo marny. Po około kwadransie wyrównanej gry toczącej się głównie w środku pola do głosu doszli gospodarze. Najpierw w bramkę nie trafił Barazite, później strzał Junuzovicia obronił Alvarado. Jak to często w futbolu bywa, po chwilowej dominacji jednej drużyny śmiertelny cios zadaje druga. W tym wypadku było inaczej – teraz ów cios był ciosem poniekąd samobójczym. Margreitter sfaulował w polu szesnastu metrów jednego z rywali, a sędzia Tony Chapron nie miał nawet cienia wątpliwości. Rzut karny. Do piłki podszedł Szwed Rasmus Elm i pewnym strzałem pokonał Lindnera, jak na kapitana przystało wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie.
Gospodarze się nie załamali – Barazite już minutę po stracie bramki miał niezłą okazję, by wyrównać – ale wraz z upływem czasu byli coraz bardziej spychani do defensywy. Mecz wymykał im się z rąk. Na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry Holendrzy zadali kolejny cios. Po dośrodkowaniu Elma z rzutu rożnego bramkę ładnym strzałem głową zdobył Pontus Wernbloom. Francuski sędzia uznał, że doliczanie minut do pierwszej połowy nie ma sensu i po trzech kwadransach zarządził przerwę.
Trener Austrii, zdając sobie sprawę z faktu, że on i jego podopieczni nie mają nic do stracenia, już po przerwie dokonał pierwszej zmiany. Zdjął z boiska pomocnika Alexandra Gorgona, a w jego miejsce wpuścił typowego napastnika Rolanda Linza. Przez dłuższy czas wydawało się, że ta próba zwiększenia siły ataku będzie nieudana – na nic napastnicy, jeśli w ogóle akcji nie ma – ale potem coś się ruszyło, strzelał Junuzović. A później stał się cud – najpierw w 58. minucie bramkę na 1:2 zdobył Ortlechner, wykorzystując asystę Barazite, a trzy minuty później to 21-letni Holender wystąpił w roli strzelca, doprowadzając do wyrównania. Niesamowite odrodzenie Austrii, która dotychczas wyraźnie ustępowała AZ.
Niedługo po drugim trafieniu dla gospodarzy jasne stało się, że odrobienie dwubramkowej straty było szczytem ich możliwości. Szczytem, który kosztował ich chyba wszystkie siły. Ostatnie pół godziny to wyraźna przewaga Holendrów i uważna, chociaż nieco desperacka, obrona Austriaków. Mnożyły się faule i kartki (trzy w dziesięć minut), sporo było spalonych. Mało dogodnych okazji bramkowych. Ostatnie minuty obie ekipy spędziły na nadstawianiu uszu w nadziei na końcowy gwizdek.
Grupa H
Sporting Braga – NK Maribor
Dla Sportingu mecz z drużyną z Mariboru był jednym z tych, które trzeba wygrać za wszelką cenę. Portugalczycy po porzednim wspaniałym sezonie w Lidze Europy teraz radzili sobie bardzo przeciętnie i na gwałt potrzebowali punktów. Słoweńcy, zdecydowanie najsłabsza ekipa w grupie, liczyli jedynie na brak lania.
Elderson wpisał się dziś na listę strzelców (fot. abola.pt)
Pojedynek na Estadio Municipal de Braga rozpoczął się od ataków gospodarzy. Po kilku rzutach rożnych Sportingowi udało się przewagę udokumentować bramką. Już w 4. minucie do siatki gości trafił Lima, który wykorzystał dośrodkowanie Alana Silvy z narożnika boiska. Trzy minuty później asystent przy pierwszym golu sam wpisał się na listę strzelców. Zawodnik minął Dejana Trajkovskiego i pięknym uderzeniem umieścił piłkę w oknie bramki. 2:0 dla Sportingu Braga! Dwubramkowe prowadzenie nie zadowoliło „Os Arsenalistas”. Szczęścia próbowali kolejno Djamal Bindi, Helder Barbosa i Paulo Vinicius – piłka nie chciała jednak po raz trzeci wpaść do siatki.
W odpowiedzi zaatakował NK Maribor, lecz strzał Agima Ibraimiego został zablokowany przez jednego z portugalskich defensorów. Po niecałych dwóch kwadransach doszło do przerwy spowodowanej kontuzją Jasmina Handanovicia. Na szczęście nic poważnego się nie stało i bramkarz mógł kontynuować grę. Nadal przeważała drużyna z Bragi, która praktycznie nie dopuszczała „Fioletowych” do głosu. W 38. minucie po raz kolejny z rzutu rożnego piłkę wrzucał Alan, a Elderson strzałem głową nie dał szans Handanoviciowi. Utrata trzeciej bramki obudziła gości, którzy trzykrotnie byli bliscy pokonania Manuela Quima, ale ostatecznie dosyć jednostronna pierwsza połowa zakończyła się wysokim prowadzeniem Sportingu.
W drugiej połowie za odrabianie strat wziął się słoweński Maribor. Po kilku nieudanych próbach w meczowym protokole zapisał się Dalibor Volas. W 62. minucie napastnik wykorzystał asystę Martina Mileca i jako pierwszy w tym spotkaniu pokonał Manuela Quima. Rozochoceni gracze Mariboru przeprowadzali kolejne ciekawe akcje. Trzy minuty po bramce w poprzeczkę trafił Agim Ibraimi. Swoje okazje na podwyższenie wyniku miała także Braga. Pięknie uderzał Hugo Viana, ale na posterunku był Jasmin Handanović. Bramkarzowi nie mógł zagrozić także niecelny strzał Baiano.
W 78. minucie żółtym kartonikiem ukarany został za niebezpieczną interwencję Helder Barbosa. Zaraz potem po raz kolejny w bramkę nie trafił Baiano, a następnie bliski szczęścia był Djamal. Pięć minut przed końcem spotkania Handanović skapitulował po raz czwarty. W 85. minucie po dośrodkowaniu Alana do siatki trafił Paulo Vinicius. Była to już trzecia bramka, która padła po rzucie rożnym – Maribor zdecydowanie nie radził sobie ze stałymi fragmentami gry wykonywanymi przez Portugalczyków. Już w doliczonym czasie wynik meczu ustalił Fran Merida. Ostatecznie Sporting pokonał NK Maribor aż 5:1.
Birmingham City – Club Brugge
Mecz Anglików z Belgami miał rozwiązać problem przewodnictwa w grupie G. Obie drużyny po trzech kolejkach miały na swoim koncie po dwie wygrane i jednej porażce. Ewentualny dzisiejszy triumf zapewniłby więc jednej z nich bezpieczną, trzypunktową przewagę.
Wstost Zigicia nie pomógł Birmingham (fot. Skysports.com)
Na St Andrew’s Stadium jako pierwsi zaatakowali goście z Belgii, ale strzał Akpali był niecelny. W 4. minucie rzut wolny wykonywał Vadis Odjidja Ofoe, jednak i on miał tego wieczora problemy ze skutecznością. „Niebiesko-czarni” nie przerywali natarcia. W końcu kibice zgromadzeni w Birmingham doczekali się akcji gospodarzy, lecz sędzia odgwizdał pozycję spaloną Zigicia. Serb złapany w pułapkę ofsajdową został również kilka minut później. W 23. minucie żółty kartonik za faul obejrzał Joseph Akpala. Zaraz potem niewiele brakowało, a byłoby 1:0 dla Birmingham – po strzale Davida Murphy’ego futbolówka trafiła w poprzeczkę.
Kolejne minuty przyniosły dwa niecelne uderzenia głową. Najpierw szczęścia próbował Nikola Zigić, a następnie Thomas Meunier. W 36. minucie Belg znalazł się na spalonym, ale już trzy kilkadziesiąt sekund później po asyście Victora Vazqueza świętował pierwsze trafienie w tym meczu. 1:0 dla Club Brugge! Jednak na tym nie skończyło się strzelanie gości w pierwszej części gry. Niedługo przed przerwą po błyskawicznej kontrze do siatki trafił Joseph Akpala. Przed gwizdkiem kontaktowego gola usiłowali zdobyć jeszcze Anglicy, ale Adam Rooney strzelał niecelnie.
Po przerwie zespół Birmingham ambitnie dążył do pokonania Kujovicia. Niecelnie uderzał Zigić, próba Rooneya została zablokowana. W końcu w 55. minucie precyzyjnym strzałem po asyście Nikoli Zigicia bramkarza gości pokonał Beausejour. Po trafieniu „Niebieskich” gra się zaostrzyła – żółte kartki otrzymali Zigić, Kujović i Ryan Donk. Gospodarze robili wszystko, by doprowadzić do wyrównania, jednak dobrze spisywała się belgijska defensywa.
W 74. minucie gracze Birmingham stanęli przed doskonałą szansą, by zmniejszyć stratę, ponieważ na ich korzyść została odgwizdana „jedenastka”. Rzut karny na bramkę zamienił Marlon King, który spokojnie zmylił golkipera, umieszczając piłkę przy lewym słupku. W ostatnich 20 minutach doszło do dwóch rzutów rożnych dla gości, ale nie udało im się odzyskać utraconego prowadzenia. W samej końcówce trzy punkty swojemu zespołowi mógł dać Chris Burke, który jednak uderzył niecelnie. Po doliczonych trzech minutach arbiter zakończył spotkanie w Birmingham. Mecz zakończył się remisem 2:2.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
W meczach grup G i H Ligi Europy bez wielkich sensacji. Metalist łatwo poradził sobie z Malmoe, Austria Wiedeń wyrwała jeden punkt AZ Almaar, Braga rozbiła w pył Maribor, a Birmingham tylko zremisowało z Club Brugge.
Grupa G
Metalist Charków – Malmoe FF
W meczu nieco niespodziewanego lidera grupy G z drużyną zamykającą tabelę faworyt był tylko jeden. Ukraińcy z Charkowa jeszcze w tej edycji Ligi Europy nie przegrali, Szwedzi z Malmoe w pierwszych trzech kolejkach nie uciułali chociażby jednego punktu, dając sobie wbić aż 10 bramek.
Przymierzany do polskiej reprezentacji Pękalski w meczu w z Metalistem praktycznie nie istniał (fot. hd.se)
Pierwsze minuty rozgrywanego na Ukrainie spotkania wypełnione były głównie faulami, które, wszystko na to wskazywało, były pomysłem przyjezdnych na zatrzymanie przebojowych atakujących Metalista. Zasada była prosta: jeden z gospodarzy ma piłkę – zostaje sfaulowany. Pięć minut, pięć fauli. Gdy chaos towarzyszący pierwszym chwilom meczu zniknął, okazało się, że przewagę mają Szwedzi. Dobrze dokumentuje ją fakt, że zaledwie 180 sekund potrzebowali na wywalczenie i wykonanie, marne niestety, aż czterech rzutów rożnych. W 18. minucie na bramkę Dahlina strzelał Taison, jednak jego uderzenie nie sprawiło wielkich trudności golkiperowi przyjezdnych. W odpowiedzi po dośrodkowaniu z rzutu wolnego wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie próbował Halsti.
Ciągle niezwykle aktywny był Wilton Figueiredo. Brazylijczyk nie tylko bił wszystkie stałe fragmenty, ale też stwarzał zagrożenie w zwykłych akcjach. Czas upływał, a żadna ze stron nie była w stanie zamienić dogodnych sytuacji bramkowych na prowadzenie. Na chwilę przed końcem pierwszej połowy sędzia Matej Jug pokazał pierwszą w pojedynku żółtą kartkę. Za zdecydowanie zbyt brutalny faul obejrzał ją Ricardinho. W 46. minucie na bramkę Vladimira Disljenkovicia strzelał Hamad. Strzelał niecelnie.
Druga połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia gospodarzy. Już chwilę po gwizdku sędziego oznajmiającym rozpoczęcie gry Metalist wyszedł na prowadzenie za sprawą Taisona. Niespodziewana zmiana wyniku zszokowała nie tylko gości, ale chyba też miejscowych, którzy potrzebowali kilkunastu minut, by otrząsnąć się z szoku i znów groźnie zaatakować. Przyjezdni ze Szwecji ponownie zaczęli z pasją faulować, nie dając Ukraińcom miejsca na rozegranie piłki i uspokojenie gry. Trochę paradoksalnie, jeden z takich fauli skończył się dla Malmoe nieszczęśliwie. Rzut wolny przed polem karnym bramki strzeżonej przez Dahlina wykonywał Taison. Kopnął, trafił. 2:0.
Gospodarze dostali bilet do raju, goście zeszli do piekła, z którego nagle, w 66. minucie, wrócili za sprawą kontaktowego gola Mathiasa Ranegie. Rikard Norling zwęszył szansę na zdobycz punktową i szybko dokonał dwóch zmian. Zdjął Pękalskiego i Larssona, wstawił Aubynna i Mehmetiego, licząc, że świeża krew pozwoli jego chłopcom wyrównać wynik meczu. Minuty mijały, a oni ciągle nie byli w stanie na poważnie zagrozić bramce gospodarzy. Jakby tego było mało, w ostatniej minucie spotkania, po ładnej asyście najlepszego dziś na boisku Taisona, bramkę na 3:1 zdobył Fininho.
Austria Wiedeń – AZ Alkmaar
Przed startem rozgrywek wydawało się, że mecze pomiędzy Austrią a AZ wyłonią zwycięzcę grupy G. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła inna – na półmetku fazy grupowej obie drużyny miały na swoim koncie zaledwie po jednym zwycięstwie.
Rasmus Elm strzelił pierwszego gola dla AZ (fot. az.nl)
Starcie rozpoczęło się niemrawo, na pierwszą dobrą okazję widzowie zgromadzeni na wiedeńskim stadionie musieli czekać prawie 10 minut. Gdy już się doczekali, okazało się, że nie było na co czekać, bo strzał Holmana był bardzo marny. Po około kwadransie wyrównanej gry toczącej się głównie w środku pola do głosu doszli gospodarze. Najpierw w bramkę nie trafił Barazite, później strzał Junuzovicia obronił Alvarado. Jak to często w futbolu bywa, po chwilowej dominacji jednej drużyny śmiertelny cios zadaje druga. W tym wypadku było inaczej – teraz ów cios był ciosem poniekąd samobójczym. Margreitter sfaulował w polu szesnastu metrów jednego z rywali, a sędzia Tony Chapron nie miał nawet cienia wątpliwości. Rzut karny. Do piłki podszedł Szwed Rasmus Elm i pewnym strzałem pokonał Lindnera, jak na kapitana przystało wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie.
Gospodarze się nie załamali – Barazite już minutę po stracie bramki miał niezłą okazję, by wyrównać – ale wraz z upływem czasu byli coraz bardziej spychani do defensywy. Mecz wymykał im się z rąk. Na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry Holendrzy zadali kolejny cios. Po dośrodkowaniu Elma z rzutu rożnego bramkę ładnym strzałem głową zdobył Pontus Wernbloom. Francuski sędzia uznał, że doliczanie minut do pierwszej połowy nie ma sensu i po trzech kwadransach zarządził przerwę.
Trener Austrii, zdając sobie sprawę z faktu, że on i jego podopieczni nie mają nic do stracenia, już po przerwie dokonał pierwszej zmiany. Zdjął z boiska pomocnika Alexandra Gorgona, a w jego miejsce wpuścił typowego napastnika Rolanda Linza. Przez dłuższy czas wydawało się, że ta próba zwiększenia siły ataku będzie nieudana – na nic napastnicy, jeśli w ogóle akcji nie ma – ale potem coś się ruszyło, strzelał Junuzović. A później stał się cud – najpierw w 58. minucie bramkę na 1:2 zdobył Ortlechner, wykorzystując asystę Barazite, a trzy minuty później to 21-letni Holender wystąpił w roli strzelca, doprowadzając do wyrównania. Niesamowite odrodzenie Austrii, która dotychczas wyraźnie ustępowała AZ.
Niedługo po drugim trafieniu dla gospodarzy jasne stało się, że odrobienie dwubramkowej straty było szczytem ich możliwości. Szczytem, który kosztował ich chyba wszystkie siły. Ostatnie pół godziny to wyraźna przewaga Holendrów i uważna, chociaż nieco desperacka, obrona Austriaków. Mnożyły się faule i kartki (trzy w dziesięć minut), sporo było spalonych. Mało dogodnych okazji bramkowych. Ostatnie minuty obie ekipy spędziły na nadstawianiu uszu w nadziei na końcowy gwizdek.
Grupa H
Sporting Braga – NK Maribor
Dla Sportingu mecz z drużyną z Mariboru był jednym z tych, które trzeba wygrać za wszelką cenę. Portugalczycy po porzednim wspaniałym sezonie w Lidze Europy teraz radzili sobie bardzo przeciętnie i na gwałt potrzebowali punktów. Słoweńcy, zdecydowanie najsłabsza ekipa w grupie, liczyli jedynie na brak lania.
Elderson wpisał się dziś na listę strzelców (fot. abola.pt)
Pojedynek na Estadio Municipal de Braga rozpoczął się od ataków gospodarzy. Po kilku rzutach rożnych Sportingowi udało się przewagę udokumentować bramką. Już w 4. minucie do siatki gości trafił Lima, który wykorzystał dośrodkowanie Alana Silvy z narożnika boiska. Trzy minuty później asystent przy pierwszym golu sam wpisał się na listę strzelców. Zawodnik minął Dejana Trajkovskiego i pięknym uderzeniem umieścił piłkę w oknie bramki. 2:0 dla Sportingu Braga! Dwubramkowe prowadzenie nie zadowoliło „Os Arsenalistas”. Szczęścia próbowali kolejno Djamal Bindi, Helder Barbosa i Paulo Vinicius – piłka nie chciała jednak po raz trzeci wpaść do siatki.
W odpowiedzi zaatakował NK Maribor, lecz strzał Agima Ibraimiego został zablokowany przez jednego z portugalskich defensorów. Po niecałych dwóch kwadransach doszło do przerwy spowodowanej kontuzją Jasmina Handanovicia. Na szczęście nic poważnego się nie stało i bramkarz mógł kontynuować grę. Nadal przeważała drużyna z Bragi, która praktycznie nie dopuszczała „Fioletowych” do głosu. W 38. minucie po raz kolejny z rzutu rożnego piłkę wrzucał Alan, a Elderson strzałem głową nie dał szans Handanoviciowi. Utrata trzeciej bramki obudziła gości, którzy trzykrotnie byli bliscy pokonania Manuela Quima, ale ostatecznie dosyć jednostronna pierwsza połowa zakończyła się wysokim prowadzeniem Sportingu.
W drugiej połowie za odrabianie strat wziął się słoweński Maribor. Po kilku nieudanych próbach w meczowym protokole zapisał się Dalibor Volas. W 62. minucie napastnik wykorzystał asystę Martina Mileca i jako pierwszy w tym spotkaniu pokonał Manuela Quima. Rozochoceni gracze Mariboru przeprowadzali kolejne ciekawe akcje. Trzy minuty po bramce w poprzeczkę trafił Agim Ibraimi. Swoje okazje na podwyższenie wyniku miała także Braga. Pięknie uderzał Hugo Viana, ale na posterunku był Jasmin Handanović. Bramkarzowi nie mógł zagrozić także niecelny strzał Baiano.
W 78. minucie żółtym kartonikiem ukarany został za niebezpieczną interwencję Helder Barbosa. Zaraz potem po raz kolejny w bramkę nie trafił Baiano, a następnie bliski szczęścia był Djamal. Pięć minut przed końcem spotkania Handanović skapitulował po raz czwarty. W 85. minucie po dośrodkowaniu Alana do siatki trafił Paulo Vinicius. Była to już trzecia bramka, która padła po rzucie rożnym – Maribor zdecydowanie nie radził sobie ze stałymi fragmentami gry wykonywanymi przez Portugalczyków. Już w doliczonym czasie wynik meczu ustalił Fran Merida. Ostatecznie Sporting pokonał NK Maribor aż 5:1.
Birmingham City – Club Brugge
Mecz Anglików z Belgami miał rozwiązać problem przewodnictwa w grupie G. Obie drużyny po trzech kolejkach miały na swoim koncie po dwie wygrane i jednej porażce. Ewentualny dzisiejszy triumf zapewniłby więc jednej z nich bezpieczną, trzypunktową przewagę.
Wstost Zigicia nie pomógł Birmingham (fot. Skysports.com)
Na St Andrew’s Stadium jako pierwsi zaatakowali goście z Belgii, ale strzał Akpali był niecelny. W 4. minucie rzut wolny wykonywał Vadis Odjidja Ofoe, jednak i on miał tego wieczora problemy ze skutecznością. „Niebiesko-czarni” nie przerywali natarcia. W końcu kibice zgromadzeni w Birmingham doczekali się akcji gospodarzy, lecz sędzia odgwizdał pozycję spaloną Zigicia. Serb złapany w pułapkę ofsajdową został również kilka minut później. W 23. minucie żółty kartonik za faul obejrzał Joseph Akpala. Zaraz potem niewiele brakowało, a byłoby 1:0 dla Birmingham – po strzale Davida Murphy’ego futbolówka trafiła w poprzeczkę.
Kolejne minuty przyniosły dwa niecelne uderzenia głową. Najpierw szczęścia próbował Nikola Zigić, a następnie Thomas Meunier. W 36. minucie Belg znalazł się na spalonym, ale już trzy kilkadziesiąt sekund później po asyście Victora Vazqueza świętował pierwsze trafienie w tym meczu. 1:0 dla Club Brugge! Jednak na tym nie skończyło się strzelanie gości w pierwszej części gry. Niedługo przed przerwą po błyskawicznej kontrze do siatki trafił Joseph Akpala. Przed gwizdkiem kontaktowego gola usiłowali zdobyć jeszcze Anglicy, ale Adam Rooney strzelał niecelnie.
Po przerwie zespół Birmingham ambitnie dążył do pokonania Kujovicia. Niecelnie uderzał Zigić, próba Rooneya została zablokowana. W końcu w 55. minucie precyzyjnym strzałem po asyście Nikoli Zigicia bramkarza gości pokonał Beausejour. Po trafieniu „Niebieskich” gra się zaostrzyła – żółte kartki otrzymali Zigić, Kujović i Ryan Donk. Gospodarze robili wszystko, by doprowadzić do wyrównania, jednak dobrze spisywała się belgijska defensywa.
W 74. minucie gracze Birmingham stanęli przed doskonałą szansą, by zmniejszyć stratę, ponieważ na ich korzyść została odgwizdana „jedenastka”. Rzut karny na bramkę zamienił Marlon King, który spokojnie zmylił golkipera, umieszczając piłkę przy lewym słupku. W ostatnich 20 minutach doszło do dwóch rzutów rożnych dla gości, ale nie udało im się odzyskać utraconego prowadzenia. W samej końcówce trzy punkty swojemu zespołowi mógł dać Chris Burke, który jednak uderzył niecelnie. Po doliczonych trzech minutach arbiter zakończył spotkanie w Birmingham. Mecz zakończył się remisem 2:2.