Olympique Lyon zremisował 1:1 z Rubinem Kazań i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Cała pierwsza i większość drugiej połowy stały na bardzo niskim poziomie. Na szczęście ostatni kwadrans zrekompensował wszystko.
Francuzi przyjechali do Kazania z solidną, dwubramkową zaliczką oraz psychiką podbudowaną faktem, że w pierwszym meczu byli stroną o niebo lepszą. Gospodarze nadzieję pokładali głównie w golu strzelonym na wyjeździe, który podtrzymywał ich szanse na awans do upragnionej fazy grupowej Ligi Mistrzów. Jeśli Rosjanie myśleli, że Lyon przyjedzie się bronić, szybko zmienili zdanie, czytając listę jedenastu piłkarzy desygnowanych do gry. Goście wybiegli na murawę w składzie, który obserwatorom mówił jedno – Francuzi będą atakowali.

Pierwsze minuty meczu nie były jednak pokazem ofensywnego kunsztu. Jeśli były pokazem jakiegokolwiek kunsztu, to tylko wybijania piłki na oślep. Delikatną optyczną przewagę miał Rubin, ale nie przekładało się to na sytuacje bramkowe, grający wysokim pressingiem Lyon bronił się już w okolicach linii środkowej, zmuszając Rosjan do posyłania długich podań lub mozolnego, często kończącego się faulem, przedzierania się w stronę pola karnego. Mijały minuty, na murawie wiało nudą. Upłynął kwadrans i pojawiła się pierwsza okazja bramkowa dla Lyonu. Bardzo dobry strzał z dystansu oddał Maxime Gonalons. Ryżykow był jednak czujny i sparował piłkę na rzut rożny. Chwilę później świetnie uderzał Bastos, któremu w zdobyciu gola przeszkodził szkolny błąd – Brazylijczyk za bardzo się odchylił i posłał futbolówkę nad poprzeczką. Niedługo potem okazję miał również Kim Kallstrom. W 20. minucie spotkania piłkę ręką we własnym polu karnym zagrał Bakary Kone, jednak na szczęście dla gości sędzia akurat wtedy miał atak ślepoty. Kilka chwil później niezłą sytuację miał Natcho, ale jego strzał zablokował obrońca Lyonu. Francuzi się nie spieszyli, atakowali skrzydłami, licząc na niepowstrzymaną siłę Gomisa. Bardzo aktywni byli Bastos i Briand. Do końca pierwszej połowy żadna z drużyn nie stworzyła sobie już dogodnej okazji do strzelenia gola. Po 45 minutach w Kazaniu kibice mogli czuć niedosyt.
Druga połowa zaczęła się od czegoś, co na biedę można nazwać mocnym uderzeniem Rubinu. Owe uderzenie sprowadzało się do niecelnego, lekkiego strzału w szeroko pojętym kierunku bramki Lyonu. Potem nieco groźniej próbował Noboa, ale Lloris po raz kolejny ograniczył się do obserwacji piłki. Na odpowiedź Francuzów musieliśmy czekać tylko kilka minut – Lisandro ładnie wbiegł w pole karne i ładnie podał do Ryżykowa. Po 50 minutach każdy widz wiedział, że Kurban Bedryjew jest człowiekiem o stalowych nerwach – oglądać tak grający Rubin i nie robić zmian to prawdziwa sztuka. Po godzinie gry Lyon mógł i powinien wyprowadzić śmiertelną kontrę. Gomis wyszedł nawet sam na sam z golkiperem Rosjan, ale zamiast strzału oddał coś w rodzaju „podanioloba”. Potem to samo zrobił gracz Rubina. Lyon coraz bardziej przeważał, jego akcje były coraz bardziej składne i groźne. Rosjanie szukali swojej szansy w kontrach, które były nieco dziwne. Jakieś takie chaotyczne, bezmyślne nawet. Kontry Francuzów były za to wzorowe. Szybkie, płynne i inteligentne. Michel Bastos dokonywał cudów, stwarzając okazje kolegom. Na 20 minut przed końcem meczu na murawie zameldowała się ostatnia nadzieja gospodarzy – Martins. Nigeryjczyk ożywił troszkę rosyjski zespół, który w kilka minut wypracował więcej okazji niż przez resztę meczu. To właśnie Martins w 76. minucie doskonale zgrał piłkę klatką piersiową Miedwiediewowi, który równie doskonale uderzył. Niestety prosto w Llorisa. W szeregach Lyonu nagle zapanowała panika, a gdy pojawia się panika, to padają bramki. Dośrodkowanie Noboy i zgranie niesamowitego Martinsa na gola zamienił Natcho. Mecz nabrał bardzo, bardzo wyraźnych rumieńców. Izraelczyk Llorisa pokonał na dwanaście minut przed końcem meczu. Mało brakowało, a goście już kilka chwil później mogli wyrównać, jednak Gomis zdecydował się staranować wychodzącego na dobrą pozycję klubowego kolegę. W 86. minucie świetnie zagrał Miralem Pjanić, podając do Bastosa i obserwując, jak ten posyła piłkę w poprzeczkę. Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze. Bakary Kone zdobył bramkę na 1:1, wykorzystując niefrasobliwość Ryżykowa. Rubin ciągle atakował, ale żeby doprowadzić do dogrywki, potrzebował jeszcze dwóch goli. Oczywiście ich nie zdobył.










