Zwycięstwo z AC Sunderland 4:3 nie uchroniło przed zwolnieniem Marka Hughesa. Nowym menedżerem Manchesteru City został Roberto Mancini, ale nie brak głosów, że odejście Walijczyka było przesądzone już przed miesiącem, a działacze „Citizens” czekali po prostu na odpowiedni moment, by go pożegnać. Czekali i się doczekali.

Flirt działaczy MC z Mancinim zaczął się w październiku. Dla Robinho i spółki był to fatalny miesiąc. Trzy mecze i trzy remisy (z Aston Villą, Wigan Athletic i Fulham Londyn) sprawiły, że „Niebiesko-biali” oddali się od czołówki Premiership, co mocno zdenerwowało wyjątkowo niecierpliwego szejka Khaldoona Al Mubaraka. Listopad był niewiele lepszy. Co prawda remis z Liverpool FC 2:2 to już nie był byle jaki wynik, ale podziały punktów z takimi ekipami jak Hull City czy FC Burnley chluby mającemu wielkie aspiracje City niewątpliwie nie przynosiły. Seria sześciu remisów pod rząd sprawiła, że na City of Manchester Stadium należało nieco zweryfikować cele i plany na sezon 2009/2010. — O miejsce w pierwszej trójce Premiership będzie bardzo ciężko — nie owijał w bawełnę walijski menedżer. — Niemniej czwarta pozycja jak najbardziej leży w naszym zasięgu i będziemy dążyć ku temu, by zająć to miejsce na koniec sezonu. W tym samym czasie co Hughes wypowiadał te słowa, władze MC potajemnie negocjowały warunki umowy z Roberto Mancinim. 30 listopada klub i włoski trener doszli do porozumienia. Zdaniem „Sunday Mirror”, zaraz po tym, gdy były szkoleniowiec Interu Mediolan i Lazio Rzym dogadał się z szejkiem Al Mubaraką, zorganizował wielkie przyjęcie dla przyjaciół, z którymi świętował rozpoczęcie nowej pracy.
Później jednak wydarzyło się coś, czego absolutnie nikt się nie spodziewał. Man City zaczął kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa i piąć się coraz wyżej w tabeli ligi angielskiej. 2 grudnia w meczu 1/4 finału Curling Cup „Citizens” niespodziewanie rozbili w pył Arsenal Londyn, wygrywając aż 3:0. Kilka dni później, tym razem już w Premiership, odprawili z kwitkiem Chelsea Londyn, zwyciężając 2:1, a w samej końcówce Shey Given obronił rzut karny wykonywany przez Franka Lamparda. Co prawda po efektownych wygranych z londyńskimi klubami, City tylko zremisowało z Bolton Wanderers 3:3, ale z drugiej strony osiągnęło ten wynik, grając przez prawie pół godziny w dziesiątkę po tym, jak czerwoną kartkę dostał Craig Bellamy, więc jak by nie patrzeć i ten rezultat ma swoją wymowę.
Gwoździem do trumny Hughesa była zatem porażka 0:3 z Tottenhamem Londyn, która obnażyła wszystkie słabości piłkarzy z Manchesteru. Dodatkowo w trakcie tego spotkania Hughes nie potrafił zapanować nad rozjuszonym Robinho, który wściekł się, gdy został zmieniony po godzinie gry. Brazylijczyk z boiska udał się prosto do szatni, nie oglądając ostatnich trzydziestu minut z ławki rezerwowych. — — bagatelizował sprawę Walijczyk, ale był to kolejny dowód na to, że nie cieszy się on zbyt dużym autorytetem u swoich podopiecznych. Los Hughesa został więc przesądzony w środę 16 grudnia. To, co miało się wydarzyć w sobotę w potyczce z Sunderlandem, nie miało mieć dla arabskich szejków już żadnego znaczenia.











