Według hiszpańskiej tradycji, 6 stycznia, a więc w Święto Trzech Króli, należy obdarowywać się prezentami. Gorsi od przeciętnego obywatela tego kraju nie chcieli być włodarze „Dumy Katalonii”, którzy już dzień wcześniej wręczyli niespodziankę swoim fanom.
Antoni Zubizarreta objął stanowisko dyrektora sportowego w 2010 roku. Kibice, a przede wszystkim decydenci klubu, bardzo dużo obiecywali sobie po powrocie człowieka, który w latach osiemdziesiątych był legendą klubu z Camp Nou. Tyle że bardzo szybko okazało się, że o ile na boisko radził sobie udanie, to praca na tak wymagającym stanowisku zdecydowanie go przerosła. Bardzo długo moglibyśmy wymieniać błędy, które popełnił podczas swojej czteroletniej kadencji. Oczywiście najbardziej odczuwalne są dla niego ostatnie decyzje z pozyskaniem Vermaelena czy Douglasa. Jednakże dużym nieporozumieniem byłoby krytykowanie go tylko za te dwa transfery, bo popularny „Zubi” ma na sumieniu zdecydowanie więcej.
Początki bywają trudne
Już na samym początku zebrał gromy za wydanie sporej ilości pieniędzy na Davida Villę. Od początku było jasne, że piłkarz o takiej charakterystyce i predyspozycjach w żaden sposób nie będzie się w pełni dogadywał z Leo Messim. Sam obraz transferu zaciemniał jednak nieco fakt, że w bezpośredniej walce o napastnika Valencii „Duma Katalonii” pokonała Real Madryt. I potwierdzenie przypuszczeń przyszło bardzo szybko. Hiszpan miał ogromne problemy z przystosowaniem się do stylu Barcelony i każdym mecze spadała na niego coraz większa krytyka. Nic więc dziwnego, że nikt nie żałował jego odejścia do Atletico Madryt, które pozyskało go niemal za bezcen. Trudno by było także przejść obojętnie wobec transferu Alexa Songa. Czołowy gracz Arsenalu miał na wiele lat zapewnić drużynie spokój w środkowej formacji. Bardzo szybko okazało się, że plany to jedno, a ich realizacja to drugie. Kameruńczyk ani przez moment nie zaprezentował chociażby części walorów, z których słynął podczas gry w Premier League.
Grom za gromem
Krytykę Zubizarrety potęgowały jednak nie tylko nieprzemyślane wzmocnienie, ale także bardzo pochopne pożegnania się z ważnymi zawodnikami. Wydaje mi się, że cały czas na Camp Nou jest wielu ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, dlaczego oddano do Bayernu Thiago Alcantarę. Oczywiście w tym momencie utalentowany zawodnik spędza czas głównie w gabinetach lekarskich, ale przed odniesieniem kontuzji był ważnym elementem układanki Pepa Guardioli i należy się spodziewać, że podobnie będzie także w momencie, gdy zakończy leczenie i ponownie zamelduje się na boisku. A Barcelona bez żalu oddała go za 25 milionów euro, a więc tylko nieznacznie więcej niż zapłaciła za ponad 30-letniego Mathieu.
Jednakże to nie za transfer byłego gracza Valencii, Vermaelena czy Douglasa na Zubizarretę spadły największe gromy. Nie trudno domyślić się, że taką historią była cała saga ze ściągnięciem do stolicy Katalonii Neymara. Początkowo tamtejsze media na czele ze „Sportem” podawały, że pozyskanie Brazylijczyka wiązało się z kwotą 57 milionów euro. Po jakimś czasie okazało się, że ta liczba nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zresztą do błędu przyznał się sam klub, który oświadczył, że mowa jest o sumie zbliżonej do 90 milionów euro. Co prawda „poleciała głowa” za tę całą sytuację, ale w żaden sposób nie ucierpiał Zubizarreta. Tym, który musiał pożegnać się z Katalonią, był bowiem prezes Sandro Rosell.











