Zmarnowany talent, do tego alkoholik


Wszystko zaczynało się tak jak powinno. Jeden z najlepiej zapowiadających się juniorów ze szkółki Ajaxu, dorastał razem z takimi tuzami jak Rafael van der Vaart czy Zlatan Ibrahimovic. Wszystkim im wróżono wielkie kariery, on wybił się jako pierwszy, jednak również jako pierwszy się skończył. Dziś Andy van der Meyde ma już 28 lat i jego kariera chyba się już skończyła.


Udostępnij na Udostępnij na

Wyszkolony został na typowego holenderskiego skrzydłowego. Szybki, dynamiczny i obunożny. W juniorskich drużynach Ajaxu zachwycał wszystkich, a w pierwszej drużynie zadebiutował w wieku zaledwie 18 lat przeciwko Twente (1:0). Miało to miejsce 12. listopada 1997 roku. I właśnie do tego klubu został wypożyczony, gdzie rozegrał 32 z 34 spotkań i dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Wszystko w jego karierze wyglądało tak jak powinno. Powrócił do Ajaxu, w ciągu 6 lat rozegrał w nim prawie sto spotkań, strzelił 18 bramek i regularnie grał w Lidze Mistrzów.

Początek końca

To oczywiście z miejsca zaowocowało zainteresowaniem silnych i bogatych klubów. I tak oto 24-letni Holender trafił na Giuseppe Meazza do Interu Mediolan za sumę czterech milionów funtów. Wiązano z nim spore nadzieję, jednak van der Meyde nie mógł się rozegrać w barwach włoskiego klubu. Przez dwa lata rozegrał ledwie 32 spotkania i zdobył jednego, pamiętnego gola przeciwko Arsenalowi Londyn w Lidze Mistrzów. Jednak po zakończeniu tego sezonu piłkarz dostał informację, że ma się zacząć rozglądać za innym klubem. I to był początek końca Andy’ego van der Meyde.

Mimo oferty powrotu do Ajaxu, czy przeprowadzki do Francji, holenderski skrzydłowy zdecydował się przenieść do Evertonu za sumę dwóch milionów funtów. Transakcję przeprowadzono w ostatni dzień letniego okna transferowego. Początkowo wydawało się, że to dobra decyzja. Przeprowadzka do solidnego klubu z Premiership, gdzie wciąż młody van der Meyde mógłby podnieść swoje umiejętności, odbudować formę i jeszcze raz spróbować sił w klubie z europejskiej czołówki.

Tak się oczywiście nie stało. Dotychczas rozegrał zaledwie 18 spotkań w drużynie, nie strzelił żadnej bramki, czasami nie łapie się nawet na ławkę rezerwowych i ma odejść z klubu w zimowym oknie transferowym.
Od początku w drużynie „The Toffees” miał problemy. Najpierw otrzymał czerwoną kartkę w derbach Liverpoolu, co pewnie na długo pozostanie w pamięci kibiców (tym bardziej, że „The Reds” wygrali spotkanie 3:1), do tego ciągle łapał kolejne kontuzje i coraz częściej pojawiały się doniesienia, że piłkarz ma problemy z alkoholem. To był pierwszy sygnał, że trzeba się go pozbyć z klubu. Van der Meyde nie tracił jednak nadziei:
– Chcę zostać, podoba mi się tutaj. Styl gry Evertonu bardzo mi pasuje. Jestem szczęśliwy w Anglii i chcę wszystkim pokazać, że potrafię grać w piłkę. Tylko najpierw musze dostać szansę.

Alkoholik

I może by tą szansę otrzymał, gdyby jej wcześniej nie zmarnował. Jeszcze przed początkiem nowego sezonu, 7 sierpnia 2006 roku do szpitala w Liverpoolu w godzinach porannych trafił właśnie van der Meyde, który skarżył się na problemy z oddychaniem. Powód był prosty: pomieszał alkohol z narkotykami. Został oczywiście za to ukarany zawieszeniem przez klub. I wtedy stało się jasne, że jego dni na Goodison Park są już policzone.

Oliwy do ognia dodała jego kłótnia z Davidem Moyesem, kiedy to nazwał swojego szkoleniowca kłamcą. Później za wszystko wprawdzie publicznie przeprosił, ale niesmak pozostał.
Jakby tego było mało, podczas spotkania towarzyskiego z Athletic Bilbao piłkarzowi okradli dom, zabrali psa oraz dwa samochody: Ferrari i Mini Coopera.

Wszystkie te czynniki złożyły się na to, że już 28-letni Andy van der Meyde ma odejść z Evertonu w zimowym oknie transferowym. Najprawdopodobniej sięgnie po niego Ajax i będzie to powrót syna marnotrawnego, który przecież przed laty narzekał, że włodarze klubu z Amsterdamu nie chcą go wypuścić do silniejszego klubu.

„Kariera” reprezentacyjna

Holender furory nie zrobił także w reprezentacji, w której rozegrał 18 oficjalnych spotkań. Zadebiutował w niej w maju 2002 roku w meczu przeciwko USA, gdzie nawet strzelił bramkę. Jego pierwszą i jak na razie jedyną poważną imprezą było Euro 2004. Van der Meyde rozpoczął ten turniej w pierwszym składzie, zaliczył nawet jedną asystę. Potem był jednak najgorszym piłkarzem „Oranje” i w końcu stracił miejsce w kadrze (a Holendrzy dotarli do półfinału europejskiego czempionatu).
Gorzkie słowa krytyki wylał na niego symbol holenderskiego futbolu – Johan Cruyff, który zapowiedział, że jak długo van der Meyde będzie grał reprezentacji, tak długo „Oranje” nic nie wygrają.
I chyba tą radę głównie do serca wziął sobie Marco van Basten, który jeszcze ani razu nie powołał problematycznego skrzydłowego do kadry.

Patrząc na to, jak zapowiadał się van der Meyde w czasie swojej gry w Ajaxie, trzeba stwierdzić, że to wielki cios dla światowego futbolu. Szkoda, że wielki talent został zaprzepaszczony przez błędne decyzje w swojej karierze. No chyba, że van der Meyde po prostu był za słaby, bo i takie głosy się czasami pojawiały.

Komentarze
barcelona91 (gość) - 17 lat temu

O takie publicystyczne teksty bardzo mi się podobają!
Gratuluje dla autora i czekam na kolejne artykuły w
podobnym stylu.

Odpowiedz
barcelona91 (gość) - 17 lat temu

Bravo dla autora! Bardzo ciekawy artykuł, czekam na
kolejne w tym stylu.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze