Zmarnowana kariera. Dzsudzsak wraca na Węgry


Kapitan reprezentacji Węgier zakończy swoją karierę w Debreczynie

23 września 2020 Zmarnowana kariera. Dzsudzsak wraca na Węgry
hirvilag.hu

Balazs Dzsudzsak z poważnym graniem pożegnał się tak naprawdę podczas mistrzostw Europy we Francji. Od tamtego czasu zarabiał już tylko petrodolary w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ostatecznie nawet tam przestał być potrzebny, dlatego swoją karierę skończy w Debreczynie. Ze swoimi umiejętnościami i potencjałem mógł tymczasem osiągnąć dużo więcej.


Udostępnij na Udostępnij na

W Polsce żyjemy sagą transferową z Arkadiuszem Milikiem w roli głównej, natomiast na Węgrzech w centrum zainteresowania przez ostatnie tygodnie znajdował się Dzsudzsak. O jego przejściu do klubu, z którego wyruszył w wielki świat, mówiło się już od lipca. Gdy przed dwoma miesiącami zapowiedziano prezentację nowych piłkarzy Debreceni VSC, nikt nie miał złudzeń. Jednym z nich miał być właśnie Dzsudzsak. Ostatecznie z głośnych nazwisk na tamtejszym rynku w „Lokich” pojawił się tylko Mihaly Korhut, czyli jego kolega z reprezentacji.

Od paru dni o kapitanie kadry narodowej znowu było głośno. Tym razem o powrocie Dzsudzsaka do ojczyzny pisał dziennik „Nemzeti Sport”. Największa sportowa gazeta na Węgrzech na ogół nie zajmuje się zwykłymi plotkami, stąd w Debreczynie odliczano godziny do podpisania umowy przez skrzydłowego. Ostatecznie we wtorek został on zaprezentowany podczas otwartej sesji treningowej, zorganizowanej na stadionie Nagyerdei.

Tu wszystko się zaczęło

Przesadą byłoby stwierdzenie, że najbardziej znany obecnie węgierski piłkarz zna ten obiekt na wylot. Co prawda zagrał na nim dwa razy z reprezentacją, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców, ale za jego czasów lokalne realia wyglądały zupełnie inaczej. Popularni „Loki” grali na starym obiekcie, który i tak był uznawany za jeden z najlepszych stadionów na Węgrzech. Nikt nie myślał też wówczas o grze w fazie grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Wielki Debreczyn dopiero się budował.

Dzsudzsak w pierwszej drużynie Debreczyna debiutował w kwietniu 2005 roku. Nie od razu jednak znalazł uznanie w oczach trenerów. W sezonie 2004/2005 zagrał w sumie dwa epizody, a w kolejnych rozgrywkach także nie wywalczył miejsca w podstawowym składzie. O eksplozji jego talentu można mówić dopiero jesienią 2006 roku. Od tamtego czasu był już zawodnikiem pierwszej jedenastki. Przebicie się do niej nie należało wówczas do łatwych, bo „Loki” stawali się wówczas krajową potęgą.

Czerwony trykot zakładali najlepsi piłkarze w węgierskiej lidze. Dzsudzsak musiał więc włożyć wiele pracy, aby przebić się do pierwszego składu. Przez cztery lata występów w Debreczynie zdążył więc zdobyć trzy mistrzostwa i jeden puchar Węgier. Uwagę skautów zachodnich klubów zwrócił na siebie w 2007 roku, gdy zadebiutował w kadrze narodowej. Na początku 2008 roku był już piłkarzem holenderskiego PSV Eindhoven.

Gwiazdor

Skaut PSV, Piet de Visser, stwierdził wówczas, że ma do czynienia z niebywałym talentem. Bardzo szybko Dzsudzsak odwdzięczył się zresztą za zaufanie. Mówiąc kolokwialnie, wszedł do Eredivisie z drzwiami, stając się motorem napędowym ofensywnych akcji nowej drużyny. Swoją pierwszą bramkę strzelił już w drugim meczu w holenderskiej lidze, a piłkę dograł mu wówczas równie znany Jefferson Farfan. Już po pierwszym półroczu w Eindhoven skrzydłowy mógł świętować ze swoimi kolegami mistrzostwo Holandii.

Był to co prawda jedyny mistrzowski tytuł podczas jego gry dla PSV, ale Dzsudzsak nie mógł z kolei narzekać na swoje indywidualne statystyki. W 2010 roku otrzymał zresztą trofeum za najlepszego asystenta w całej lidze. Ogółem jego ligowy bilans w barwach czołowego holenderskiego klubu to 114 spotkań, 44 bramki i 40 asyst. Do tego reprezentant Węgier dołożył też pięć występów w fazie grupowej LM.

W tym miejscu trudno nie pokusić się o komunał dotyczący Eredivisie. Gra w tej lidze, a szczególnie w jej czołowych drużynach, to największa trampolina do najlepszych ligowych rozgrywek w Europie. Nazwisko Dzsudzsaka było zresztą łączone z uznanymi firmami. Dziewięć lat temu ponoć chciał go Juventus, a o ówczesną gwiazdę PSV pytała też Roma. Ostatecznie Węgier nie przeprowadził się na Półwysep Apeniński.

Największy błąd

Zamiast tego obrał zupełnie inny kierunek. Za 14 milionów euro przeniósł się w lipcu 2011 roku z PSV do Anży Machaczkała. Obecnie klub z Dagestanu występuje w trzeciej klasie rozgrywkowej, ale wówczas dysponował niebotycznymi możliwościami finansowymi. Nawet jak na rosyjskie warunki. Dość wspomnieć, że w tym samym roku do Anży trafili też Samuel Eto i Roberto Carlos, reprezentant Maroko Mbark Boussoufa, brazylijski napastnik Diego Tardelli czy reprezentant Rosji Jurij Żirkow.

Pobyt w klubie zarządzanym przez dagestańskiego miliardera, Sulejmana Kerimowa, okazał się jednak nadspodziewanie krótki. W Rosji węgierskiego skrzydłowego zaczęły bowiem nękać kontuzje. Dla Anży zagrał więc tylko w ośmiu ligowych spotkaniach. Już po pół roku od transferu z PSV zawodnik ponownie musiał się przeprowadzić, trafiając tym razem do Dynama Moskwa. Warto wspomnieć, że Węgier miał na tyle wyrobioną markę, iż Anży nie było stratne. Stołeczny klub wyłożył o pięć milionów euro więcej niż Dagestańczycy zapłacili Holendrom.

W Dynamie Dzsudzsak trafił pod skrzydła doskonale znanego Stanisława Czerczesowa. Nie podbił jednak rosyjskiej Priemjer-Ligi. Co prawda w biało-niebieskich barwach występował regularnie, o ile nie nękały go kontuzje, ale nie stały za nim liczby. Węgierski piłkarz do swoich statystyk z Eredivisie nawiązywał jedynie, jeśli chodzi o asysty. Dzudzsak nie popisywał się nawet szczególnie swoim znakiem rozpoznawczym, czyli precyzyjnymi strzałami z rzutów wolnych.

Egzotyczne przygody

Praktycznie w każdym okienku transferowym w Rosji mówiło się o możliwej przeprowadzce Dzsudzsaka. Jak już wspomniano, w Dynamie grał poprawnie i miał przebłyski, lecz było to zdecydowanie za mało jak na niedawną gwiazdę ligi holenderskiej. Jeszcze gorzej było po protestach kibiców stołecznego klubu, którzy pojawili się między innymi w ośrodku treningowym, aby zaprotestować przeciwko zbyt dużej liczbie obcokrajowców. Odejście z Dynama było więc ulgą dla skrzydłowego. Zwłaszcza że poszedł do kolejnej ligi oferującej duże pieniądze.

Latem 2015 roku Dzsudzsak został zaprezentowany jako nowy gracz tureckiego Bursasporu. Przez kibiców był witany niczym gwiazda światowego formatu. Podczas swojej prezentacji z trudem doszedł w ogóle do głosu. Można bez przesady stwierdzić, że znani ze swojego fanatyzmu tureccy fani z ekstazą reagowali na każde jego słowo, intonując skomponowane naprędce przyśpiewki na jego temat. Entuzjazm dosyć szybko jednak przygasł, bo na boiskach Super Lig występował zaledwie przez jeden sezon. Miał bowiem tylko pojedyncze przebłyski. Z tym ostatnim słowem kojarzy się zresztą cały okres jego kariery po wyjeździe z Holandii.

Po Bursasporze przyszedł czas na kluby ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Al Wahda FC, Al Ittihad Kalba, Al Ain – miejscowi szejkowie bardzo chcą zmienić ten stan rzeczy, ale na tę chwilę wspomniane nazwy są uważane po prostu za futbolowe peryferie. Nawet tam Dzsudzsak nie miał jednak łatwo. Po zakończeniu kontraktu z wcale nie najmocniejszą Al Wahdą przez parę miesięcy miał problem ze znalezieniem nowego klubu. Jego nowa drużyna, Al Ittihad, stała jeszcze niżej w tamtejszej hierarchii. Węgier nie wypełnił zresztą kontraktu z tym klubem, bo jego umowa została rozwiązana z powodu słabej gry. W lutym Dzsudzsaka przygarnęło dużo wyżej notowane Al Ain. Rozegrał w nim jednak tylko cztery mecze i nastała pandemia, zaś UAE Gulf League do dzisiaj nie wznowiło rozgrywek.

Kadra to co innego

Wspomniany koniec przygody z Al Wahdą był niezwykle bolesny dla Dzsudzsaka. Przeciągające się poszukiwania nowego klubu spowodowały, że selekcjoner Marco Rossi we wrześniu 2018 roku nie powołał go do reprezentacji. Włoch wywiązał się wówczas ze swoich wcześniejszych zapowiedzi. Obejmując stery kadry, powiedział wprost, że żadnych świętych krów nie będzie. Kto nie będzie grał w klubie, ten nie może liczyć na powołanie do reprezentacji. Tymczasem kapitan kadry nawet nie miał wówczas zespołu. Sytuacja powtórzyła się zresztą także w tym roku.

To z pewnością był szok dla 33-letniego obecnie skrzydłowego. Gdzie jak gdzie, ale w kadrze zawsze mógł liczyć na pewny plac, oczywiście jeśli nie był akurat kontuzjowany. Dla reprezentacji dawał zawsze wszystko, nawet gdy nie szło mu w klubie. Nie była to na ogół miłość odwzajemniona. Reprezentacja Węgier od ponad trzech dekad doznaje więcej upadków niż wzlotów. Dzsudzsak jako kapitan w czerwcu 2017 roku rozpłakał się nawet przed kamerą. Trudno się zresztą dziwić – musiał świecić oczami po kompromitującej porażce z Andorą.

Rok wcześniej Dzsudzsak przeżywał jednak drugą młodość. Wraz z kadrą zagrał bowiem na mistrzostwach Europy we Francji. Co więcej, Węgrom udało się wyjść z grupy, choć ich przeciwnikami byli: Portugalczycy, Austriacy i Islandczycy. Sam skrzydłowy miał ogromny wkład w ten, jakby nie patrzeć, duży jak na węgierskie warunki sukces. Zagrał we wszystkich czterech meczach na tym turnieju i zdobył w nich dwie bramki. Jako kapitan i prawdziwy lider zespołu znowu stał się piłkarzem uwielbianym na Węgrzech. Przynajmniej na chwilę zapomniano mu nawet złe poprowadzenie własnej kariery.

Refleksje

Węgrzy nie są bowiem bezkrytyczni wobec swojego kapitana, który w reprezentacji zanotował jak dotąd 108 występów i zdobył 21 bramek. Rodacy spodziewali się, że ich gwiazda osiągnie dużo więcej. Wspomniane Euro zmieniło pod tym względem dużo, ale kibice wciąż nie zapomnieli Dzsudzsakowi kilku poważnych przewin. Nie wszystkie są zresztą związane z samym futbolem. Piłkarzowi do głowy uderzyła bowiem rosyjska gotówka. Najpierw wraz ze swoją ówczesną dziewczyną zaczął kreować się na lokalny odpowiednik Davida i Victorii Beckhamów, a później rozbił pod Budapesztem swoje nowe Lamborghini.

Oczywiście podobne historie to łakomy kąsek dla tabloidów. Sportowe media nad Balatonem miały ważniejsze sprawy na głowie, czyli piłkarski rozwój kapitana kadry. A właściwie jego brak. Dla Dzsudzsaka ważniejsza okazała się jednak najpierw rosyjska, a potem turecka gotówka. Transfer do Anży można było jeszcze wówczas jakoś sportowo wyjaśnić. Przenosiny do Bursasporu już nie bardzo. Tymczasem Węgier nie tylko miał coś do udowodnienia, lecz mógł to po prostu zrobić. Wspomnianego lata 2015 roku w swojej drużynie widział go Pal Dardai, wówczas trener Herthy Berlin. Na przeszkodzie stanęły jednak właśnie pieniądze. Klub z Bundesligi nie był w stanie zaspokoić finansowych oczekiwań Dzsudzsaka, z kolei drużyna z Super Lig nie miała już podobnych problemów.

Szkoda, że co prawda nigdy nie jest za późno na refleksje, ale na zmiany najczęściej już tak. Dzsudzsak częściowo posypał głowę popiołem już przed Euro we Francji. Stwierdził wówczas, że wyjazd do Anży był jego błędem. Do dzisiaj skrzydłowy reaguje jednak alergicznie na zarzuty dotyczące jego skupienia się na pieniądzach. Dał temu wyraz nawet podczas swojej prezentacji w Debreczynie. Dzsudzsak za każdym razem pyta więc retorycznie, który piłkarz odrzuciłby równie atrakcyjne oferty. „Widzę tę sprawę zupełnie inaczej niż inni” – tak ostatnich 12 lat podsumował piłkarz powracający do Debreczyna.

Na początek drugi front

Kapitan reprezentacji Węgier nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wracając do „Lokich”, nie mówił więc ani o zakończeniu kariery piłkarskiej, ani nawet reprezentacyjnej. Wspomniał nawet o ofertach z innych lig, w tym także z Polski. Trudno spodziewać się, że zadowoli się jedynie samym awansem do pierwszej ligi. Tymczasem najbliższe miesiące spędzi na zapleczu węgierskiej OTP Bank Ligi. Debreczyn pod koniec czerwca spadł bowiem z tamtejszej ekstraklasy, stąd w drugim największym mieście Węgier powstaje zupełnie nowy projekt.

Sam powrót Dzsudzsaka nie powinien dziwić nie tylko z powodu jego sytuacji w Emiratach. W ostatnich latach jego koledzy z reprezentacji kończą swoje kariery właśnie w ojczyźnie. Nie trzeba nawet szukać przykładów poza Debreczynem. W czerwcu karierę skończył Daniel Tozser, 31-krotny reprezentant Węgier i były piłkarz Racingu Genk czy Genoi. Obecnie jest on zresztą dyrektorem sportowym „Lokich”. Poza tym na Węgry wracali też: Zoltan Gera, Tamas Hajnal, Szabolcs Huszti czy Gabor Kiraly. Każdy z nich, gdy pozwalało na to zdrowie, zdążył dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju węgierskiej ligi.

Na razie Dzsudzsak będzie musiał przyzwyczaić się do drugoligowych realiów. Przed nim spotkania z drużynami pokroju Ajki, Kazincbarcika, Szentlorinc czy Csakvar. Nic wam te nazwy nie mówią? Nie martwcie się. Kapitanowi reprezentacji Węgier zapewne też niewiele.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze