W powieści Władysława Reymonta XIX-wieczna Łódź jest tętniącym życiem, najszybciej rozwijającym się polskim miastem, w którym nie ma rzeczy niemożliwych. Jeszcze nie tak dawno, bo w latach 90. minionego stulecia, wielu polskich piłkarzy uważało, iż jedynie tam można osiągnąć sukces. Dziś jednak nasza futbolowa ziemia obiecana pozostaje prawie całkowicie wyjałowiona.
Nie chodzi tu o rozwój Łodzi jako miasta, choć straciła ona wyraźnie na znaczeniu w porównaniu z innymi dużymi ośrodkami naszego kraju i nie odgrywa tak wielkiej roli jak pod koniec XIX wieku, lecz wyłącznie o aspekt piłkarski. Bo tego, że dawna metropolia lada moment może na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat zniknąć z piłkarskiej mapy, trudno nie zauważyć. ŁKS i Widzew chylą się ku upadkowi, a to, co dzieje się ostatnio z tym drugim zespołem, przypomina marną komedię, której kolejne sceny przyprawiają widza nie o śmiech, lecz płacz żałości. Trudno tutaj winić o taki stan rzeczy piłkarzy łódzkich teamów, gdyż oni mają raczej najmniej do powiedzenia, a ich jedynym zadaniem jest jak najlepsza gra w piłkę. Tylko weź się, człowieku, skup na ganianiu po murawie, kiedy nawet nie wiesz, jakie rewelacje przyniesie kolejny dzień i twoi „rozrywkowi” przełożeni.
To były piękne dni
Właściwie nie ma sensu powracać tu do historii, pięknej historii obu łódzkich zespołów, których postawa w minionym stuleciu przynosiła chwałę nie tylko ich kibicom, ale też całej Polsce. Młodzież nie ma prawa pamiętać, jak w sezonie 1982/1983 widzewiacy toczyli zacięte boje ze słynnym Liverpoolem w ramach ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, a następnie (po wcześniejszym wyeliminowaniu „The Reds”) rywalizowali z włoskim gigantem, Juventusem Turyn. To właśnie wtedy działacze „Starej Damy” zwrócili uwagę na Zbigniewa Bońka i przegrany półfinał okazał się dla niego tak naprawdę zwycięski, bo jakiś czas później dołączył do Michela Platiniego i jego Juventusu, w którym stworzyli wyśmienity duet. W latach 90. to właśnie Widzew jako ostatni reprezentował nasz kraj w rozgrywkach prestiżowej Ligi Mistrzów. Może nie było wtedy supernowoczesnych stadionów, a transmisje meczów łodzian w telewizji pozostawiały sporo do życzenia, ale przynajmniej nie musieliśmy spoglądać w stronę centralnej części Polski z politowaniem i zażenowaniem jednocześnie, jak teraz. Ponad 20 lat temu zachwycaliśmy się pięknymi bramkami zdobywanymi przez Marka Citkę i cudowną grą jego boiskowych partnerów, dziś natomiast zastanawiamy się, gdzie został popełniony błąd, za który cierpią najzagorzalsi kibice Widzewa.
ŁKS od zawsze uważany był za ubogiego krewnego swego lokalnego rywala, gdyż nie osiągnął tyle sukcesów co on. Należy jednak obiektywnie stwierdzić, że „Rycerze Wiosny”, jak nazywa się mniej utytułowany z łódzkich klubów, również mają swoje stałe miejsce na kartach historii polskiej piłki nożnej. Dwukrotne zdobycie mistrzostwa Polski, ale przede wszystkim derbowe pojedynki z Widzewem do dziś wspominane są z wyraźnym rozrzewnieniem przez kibiców obu zespołów. Przypomnijmy tylko, iż jeszcze nie tak dawno, bo w roku 2012, byliśmy świadkami ostatniego bezpośredniego pojedynku łódzkich potentatów (1:1 po bramkach Saganowskiego i Kaczmarka), choć patrząc na ich aktualne położenie, trudno przypisywać im ten termin.











