Zagłębie Lubin znów początkowo przegrywało, ale podobnie jak tydzień temu nie poddało się i przekuło porażkę w zwycięstwo. Waldemar Fornalik mógł być bardzo zadowolony z wygranej, nie dość, że miała ona bowiem miejsce w derbach Dolnego Śląska, to jeszcze zwieńczyła jego pięćsetny mecz w roli ekstraklasowego trenera.
Derby Dolnego Śląska są wyjątkowe same w sobie. To największe derby tego województwa i dwóch najbardziej utytułowanych drużyn z tego rejonu. Starcie dwóch rywalizujących ze sobą ekip, które w ostatnich latach potrafiły obfitować w prawdziwy deszcz bramek. Takie jak choćby pamiętne 4:4 z 21 września 2019 roku. Tym razem miały ono jeszcze jedną wyjątkową okazję. Otóż dla Waldemara Fornalika było to pięćsetne spotkanie w roli trenera w ekstraklasie. Zagłębie Lubin chciało zapewne uświetnić ten wyjątkowy moment trenera trzema punktami wywiezionymi z Wrocławia.
Śląsk Wrocław potrafi cieszyć oko
Pierwsza połowa, ku zmartwieniu lubinian, przebiegała pod dyktando gości. Bardzo miłym zaskoczeniem była gra „Wojskowych” w pierwszej połowie, jeśli przypomnimy sobie poprzedni sezon. Może to zabrzmi dziwnie, ale drużynie z Wrocławia po prostu chciało się grać. O każdym z zawodników linii ofensywy moglibyśmy powiedzieć kilka ciepłych słów. Na lewej stronie szalał Dennis Jastrzembski, który co rusz nękał Martina Konczkowskiego rajdami. Po drugiej stronie do ataku podłączał się aktywny Piotr Samiec-Talar. Środek pola został zdominowany przez pomocników, w czym prym wiedli kapitalnie rozprowadzający piłkę Leiva oraz Patrick Olsen.
Piłkarze Zagłębia mało czynili, aby uprzyjemnić sobotni wieczór kibicom, a zwłaszcza obchodzącemu jubileusz trenerowi. Rzadko zapuszczali się pod pole karne przeciwnika. Jedyną groźną sytuację goście stworzyli sobie w 12. minucie. Po rzucie rożnym do piłki wyskoczył Kopacz i mocno uderzył głową w stronę bramki. Niestety dla obrońcy, poprzeczka uratowała gospodarzy od utraty gola. Poza tym nic. Wrocławianie po prostu byli lepsi w każdym aspekcie gry.
Bramkarskie gafy z obu stron
W przekroju całego meczu stwierdzamy, iż to nie był najlepszy mecz w wykonaniu obydwu golkiperów. Zacznijmy od Szymona Weiraucha. Ten ledwie 19-letni chłopak w pierwszej połowie wykazał się sporą niepewnością przy kilku interwencjach. W 16. minucie wypuścił mocny strzał Olsena z dystansu. Na jego szczęście, po tej nieudanej interwencji w polu karnym „Miedziowych” stał Alex Petkov, a nie Erik Exposito. Nawet strzały z dystansu, taki jak ten Piotra Samca-Talara pod koniec pierwszej połowy, musiał łapać na raty.











