ŁKS ekstraklasę opuścił z hukiem. Czarno na białym było widać, że łodzianie nie byli jeszcze gotowi na ten poziom rozgrywkowy. Z dorobkiem zaledwie 24 punktów od razu po zeszłorocznym awansie opuścili polską ekstraklasę. Czy to oznacza jednak, że pozostawili po sobie jedynie negatywne wspomnienia?
1. Brutalny koniec trwającej od III ligi baśni
ŁKS wchodził do ekstraklasy jako rewelacja I ligi i klub, który zaliczył trzeci awans z rzędu. Dwuletni plan awansu do najwyższej polskiej klasy rozgrywkowej został zrealizowany w jeden sezon, a plan odbudowy podążał w zastraszającym tempie. Piłkarze, którzy jeszcze parę lat temu jeździli z klubem do między innymi do Wołomina czy Łomży, teraz mieli prowadzić grę zespołu na 40-tysięcznych ekstraklasowych stadionach. Historia bez dwóch zdań bardzo romantyczna, wręcz baśniowa, tyle że także brutalnie przerwana.
Okazało się jednak, że Rozwandowiczem, Bryłą czy Rozmusem świata się nie zawojuje. Mimo że zaczęło się dobrze, potem ekstraklasa zweryfikowała łodzian. Wychodził brak doświadczenia, wyrachowania czy po prostu umiejętności radzenia sobie z kryzysem. Trudno tego ostatniego było jednak się spodziewać po zespole, który rokrocznie awansował do wyższych lig i nieustannie zaliczał progres. Eldorado na poziomie ekstraklasy się zakończyło.
2. Snajperski marazm
Nie trzeba wiele mówić, wystarczy rzut oka na statystyki. Najlepszym strzelcem łodzian na koniec sezonu jest bowiem… Dani Ramirez, który przecież ŁKS opuścił zimą. A napastnicy? No cóż, w teorii sprawdzano ich pięciu w ekstraklasie, ale efekty – delikatnie rzecz ujmując – na kolana nie powalają. Numerem jeden z pięcioma golami Sekulski, który w I lidze strzelał średnio co 92 minuty, a w ekstraklasie co grubo ponad 200 minut. Od siebie cztery trafienia dał też Rafał Kujawa (głównie za sprawą hat-tricka przeciwko Koronie Kielce), który zimą został przesunięty do drużyny rezerw i od tego czasu nie miał już szans podreperować swojego dorobku.
Na ratunek zimą mieli przyjść ściągnięci do drużyny Samu Corral oraz Jakub Wróbel. Efekt? W zasadzie żaden. Hiszpan obudził się dopiero po 11 meczach bez celnego strzału na bramkę i w dwóch spotkaniach zgromadził trzy gole (oraz jednego samobója), czym w serca kibiców ŁKS-u mógł wlać parę kropli nadziei na lepszą skuteczność w I lidze. Od Wróbla nic konkretnego „Rycerze Wiosny” nie otrzymali. Dobry mecz z Zagłębiem Lubin, poza tym w zasadzie zawsze przeciętnie bądź kiepsko. Dorobek bramkowy od dnia przyjścia do łódzkiego klubu niezmieniony. Przed nowym sezonem kibice z alei Unii muszą modlić się, żeby któryś z nich wreszcie odpalił na dobre, bo bez tego perspektywa powrotu do ekstraklasy może okazać się bardzo odległa.
3. Zbudowanie gwiazdy ligi
Będąc w temacie strzelców ŁKS-u, trzeba oddać, że zostawili oni po sobie w ekstraklasie jedną porządną postać. Dani Ramirez przychodził do Łodzi jako wrak piłkarza. U boku Kazimierza Moskala wyrósł na lidera łódzkiej drużyny, a zimą za niemałe pieniądze trafił do obecnego wicemistrza kraju, w którym stał się jedną z kluczowych boiskowych postaci. Dziesięć goli, siedem asyst – bez cienia wątpliwości Hiszpan to obecnie absolutna ligowa czołówka.











