Masz 12 lat. W twoim kraju trwa rewolucja. Nie za bardzo wiesz, co się dzieje. Twój ojciec podejmuje jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu i wysyła cię wraz z bratem i matką do Francji. Brzmi jak dobry film? To prawdziwa historia człowieka z krwi i kości. Zawodnika, którego do dziś pamiętają polscy kibice. Przed państwem Ensar Arifović w pełnej krasie.
Arifović trafił do Polski w 2005 roku. Szalona ofensywa transferowa, jaką przeprowadzała wtedy Polonia Warszawa, sprawiła, że napastnik pojawił się na Konwiktorskiej. Największą gwiazdą był jednak w ŁKS-ie. Kibice do dziś wspominają z rozrzewnieniem dwie bramki przeciwko Wiśle Kraków zdobyte w słynnym meczu we mgle rozgrywanym 19 listopada 2006 roku. Dajmy jednak napastnikowi mówić samemu za siebie.
„Czekolada” w „Kabarecie”
Jako młody chłopiec wyjechał Pan z Sarajewa do Francji, pamięta Pan pierwsze 12 lat życia w Bośni? Odczuwał Pan skutki trwających wtedy w kraju wydarzeń?
W Bośni nie było wtedy bezpiecznie. Agresja na nasz kraj sprawiła, że ojciec postanowił wysłać mnie, brata i mamę w bezpieczne miejsce. Tak trafiliśmy do Francji.
Jest Pan muzułmaninem praktykującym, obchodził Pan w tym roku ramadan?
Tak, praktykuję. Obchodzę ramadan co roku, jednak nigdy nie wpływało to na moją grę w piłkę.
Jak wspomina Pan przygodę w Metz?
W Metz czułem się jak na innej planecie. Nagle koło mnie, młodego chłopaka, w szatni siedzi Louis Saha, Adebayor. Minąłem się też z Obraniakiem. Zaliczam ten okres na plus, bardzo dużo się nauczyłem.
Czy to w Metz w drużynach młodzieżowych wypatrzyli Pana skauci Xamaxu i zabrali do Szwajcarii?
Nie, do Xamaxu pojechałem na testy i ustrzeliłem hat-tricka w meczu kontrolnym. To był znak, że musi się udać!
Czy transfer z Xamaxu do FK Sarajewo udał się niejako dzięki temu, że sytuacja na Bałkanach się uspokoiła i mógł Pan wrócić do ojczyzny?
Nie, chociaż to też odegrało swoją rolę. W Szwajcarii pojawił się nowy trener, który nie chciał na mnie stawiać. Stwierdziłem, że czas wracać do domu.
Czy Pana rodzice wspierali Pana w karierze piłkarza, czy raczej chcieli, żeby znalazł Pan jakieś „pewniejsze” źródło utrzymania dla, co by nie mówić, emigranta?
Nie. Dzięki Bogu nigdy niczego mi nie brakowało. Ojciec dobrze zarabiał. Dzięki niemu mam teraz superżycie. Rodzice zawsze byli moimi kibicami numer 1.
Czy Ensar Arifović to taki Zlatan Ibrahimović, który jednak swoją ojczyznę wybrał ponad inne kraje?
Zbyt dużo ludzi zginęło, abym mógł nazywać się Bośniakiem, żeby grać dla innego kraju. Czułbym się wtedy jak zdrajca wobec wszystkich, którzy oddali życie za moją ojczyznę.
Jak wspomina Pan szalone czasy Polonii Warszawa?
Na początku było super. Pieniądze, organizacja, wszystko się zgadzało. Niestety po śmierci pana Ranieckiego wszystko zaczęło się sypać i zrobił się z tego kabaret.












